sobota, 21 lutego 2015

Uważaj, czego sobie życzysz, bo marzenia się spełniają czyli o Into the Wood



Na ekrany kin właśnie wszedł kolejny disneyowski musical Into the Woods, któremu udało się nawet załapać na 3 nominacje do Oscara (ciekawe, ile z nich przełoży się na statuetki). Od czasu pierwszego zwiastuna wszyscy byli święcie przekonani, że będzie to kolejne połączenie klasycznego musicalu Disneya z jakże popularnym obecnie "odświeżaniem" wszystkim nam znanych bajek w gwiazdorskiej obsadzie (Meryl Streep, Johnny Depp, Emily Blunt!). Wszyscy ładnie śpiewają, wyglądają, mamy bajkowe postaci, wszystko ładnie, pięknie tylko że... to wcale nie to. Widzicie, to jeden z tych przypadków, gdy zamiast reklamowanego produktu, dostajemy produkt zgoła inny (nie lepszy czy gorszy, po prostu inny). Raz na jakiś czas producenci wpadną na taki szalony pomysł, by sprzedać widzom film inny, niż ten który zobaczą po zakupie biletu i zajęciu miejsca na widowni. Wynika to z tego, że nie są pewni, czy to co mają na pewno przyciągnie tyle uwagi co film, którym "mógłby" ten być, decydują się więc na owy zabieg. Z punktu widzenia producentów to rozsądne, bo pieniądz się musi zgadzać. Z punktu widzenia widzów nie jest już tak wesoło. Bo wyobraźcie sobie to zdziwienie, gdy ktoś Wam próbuje wmówić, że film, w którym nawiązuję się do najmroczniejszego pochodzenia bajek (tych nieugładzonych wersji), gdzie postacie śpiewają o rzeczach zrozumiałych dla dorosłych, a całość jest w pewnym stopniu parabolą do epidemii AIDS w latach 80-tych (czyli czasu powstania sztuki) jest czymś dla dzieci. Też czujecie się dziwnie? A tak właśnie postąpił Disney, co więcej, świadomie narażając się na niezadowolenie widzów (ach, ileż skarg rodziców wypłynęło po tym filmie, gdy zorientowali się, na co zabrali swe pociechy!). Ale mniejsza o dzieci. One i tak większości podtekstów i metafor nie wyłapią. Za to wielu dorosłych pominie ten film myśląc, że skoro jest skierowany do młodszej widowni, to nie jest dla nich. A to błąd. Bo gdyby wybierać między obiema grupami, to właśnie rodzice są prawidłową grupą odbiorców. Ale po kolei.

To niezbyt taktowne reklamować film tak, by widzowie byli 
wprowadzeni w błąd idąc na niego. W dodatku świadomie.

Into the Woods opiera się na broadwayowskim musicalu z lat 80-tych, który na potrzeby filmu na siłę próbującego udawać film dla dzieci, został przycięty o niektóre partie i wątki które jednak nie nadawały się do tej kategorii. Średnio się to udało, bo chcąc otrzymać odpowiedni efekt należałoby przetransformowac cały materiał oryginalny tylko że wtedy otrzymalibyśmy coś zupełnie innego. Ale pozostawiając ten temat warto przybliżyć fabułę. Oto mamy postacie takie jak Czerwony Kapturek, Kopciuszek, Jacka (tego od olbrzymów), Piekarza i jego Żonę, Wiedźmę, Roszpunkę, plus kilka postaci charakterystycznych danym bajkom (Macocha i wredne siostry Kopciuszka, Czarujący Książę). Każde z nich boryka się z trudami dnia codziennego (sprzątanie, gotowanie/pieczenie, dojenie krów itp.), a co za tym idzie, każde ma jakieś życzenie związane z innym życiem niż to dotychczasowe lub mówiąc szerzej - swoją przyszłością. I tak oto Piekarz i jego Żona starają się o dziecko, Kopciuszek zaciska zęby i znosi poniżenia od sióstr, matka Jacka martwi się, co ma do garnka włożyć, a Roszpunka marzy o wyrwaniu się na świat. A Kapturek jak to Kapturek nie martwi się niczym i radośnie hasa po lesie, by zanieść koszyk babci. Nie jest to jednak jeden z tych filmów próbujących opowiedzieć znaną wszystkim historię "jak było naprawdę" ale raczej kontynuuje opowiadanie tam, gdzie bajka się zazwyczaj, a raczej zawsze kończy. Czyli mniej więcej tam, gdzie dochodzimy do zadawania pytań i widzimy pierwsze zgrzyty, bo jednak nie jest idealnie jak w bajce.

Film ma właściwie 2 akty (dość zabawnie to brzmi, gdy mówimy o sztuce, hehe). Pierwszy składa się mniej więcej ze schematów którymi podążają wątki z bajek, by dojść do znanego nam wszystkim punktu czyli happy endu, a drugi jest dokładnie tym "co było dalej" w połączeniu z tym, co kiedy po spełnieniu życzenia, nadal mamy pragnienia i jak wtedy wygląda nasze życie.

Dziś, gdy do każdego bajkowej historii w wersji filmowej dodaje się liczne mroczne elementy, by nadać jej umownego realizmu, w Into the Wood zastosowano zabieg całkiem inny - odwołano się do pierwotnych wersji, którym nie brakuje treści współcześnie absolutnie nie do przyjęcia dla uszu i oczu dzieci. Jak wiecie, większość bajek które znamy, opowiada się nam w bardzo złagodzonych i pozbawionych okrucieństwa lub podtekstów wersjach. Ilu z nas wie, że Czerwony Kapturek podążający przez las jest tak naprawdę metaforą przejścia dziewczynki z okresu dziecięcego w dorosły wiek, a Zły Wilk symbolem mężczyzn czyhającym na cnotę młodej dziewczyny? Albo komu z nas opowiadano Kopciuszka łącznie ze szczegółami takimi jak obcinanie stóp i palców dziewczętom, byle tylko zmieściły się w pantofelek? To samo tyczy się baśni Andersena, z którym wycięto co gorsze, smutniejsze elementy (ale to uwaga na marginesie). Tu wszystko to mamy. 

I tak oto Kapturek idąc przez las spotyka Wilka. Jednak poza standardowym "dokąd podążasz, dziewczynko?" mamy: 

Look at that flesh,
Pink and plump.
Hello, little girl...

Just so, little girl-
Any path.
So many worth exploring.
Just one would be so boring.
And look what you're ignoring...

Chyba nie muszę wyjaśniać podtekstu seksualnego? Krotką mówiąc, dokładnie to, co przychodzi do głowy nam, dorosłym, gdy słyszymy, że młoda dziewczyna samotnie spacerująca lasem spotyka osobnika płci męskiej. Brzmi to niepokojąco, lecz w założeniu miało takie być. Na tym jednak się nie kończy. Gdy dochodzimy do momentu, gdy Wilk nie żyje, a Kapturek cieszy się wolnością padają słowa: 

But he seemed so nice.
And he showed me things
Many beautiful things,
That I hadn't thought to explore.
They were off my path,
So I never had dared.
I had been so careful,
I never had cared.
And he made me feel excited
Well, excited and scared.
When he said, "Come in!"
With that sickening grin,
How could I know what was in store?


Okeeej, nawet jeśli mieliście spieralibyście się o usilne doszukiwanie się podtekstów u Wilka to jednak tu jest sprawa jasna.



Film wyraźnie dzieli się na 2 akty. W pierwszym mamy podążanie klasycznym tropem baśni, gdzie wszystkie historie zmierzają do ustalonego punktu czyli happy endu. Gdy to jednak następuje mamy dopiero... połowę filmu. Istnienie drugiej godziny filmu sugeruje, że mamy do czynienia z częścią, która jest nam bliższa niż podniesienie nas na duchu, że każde nasze życzenie może się spełnić a każda smutna historia kończy się dobrze, mianowicie - z konsekwencjami tych życzeń oraz jak rzeczywiście wygląda to, co wcześniej pozostawało w sferze marzeń. 


Grafiki nijak ma się do powyższego akapitu, ale muszę 
dodać, że film ma również kilka świetnych akcentów humorystycznych
jak choćby pojedynek książąt na to, który przeżywa większe miłosne cierpienia.

I tak oto życie Kopciuszka w zamku nie jest czymś dla niej komfortowym z racji warunków, w jakich nauczyła się żyć (w końcu to jednak zwykła, prosta dziewczyna z wioski), a Książę ze swą słabością do kobiet nie może zapewnić jej miłości. Świetna jest scena, gdy w Kopciuszek wytyka Księciowi zdradę, na co on odpowiada: Uczono mnie jak być czarującym, a nie szczerym. To właśnie ten moment, gdy oboje widzą efekt zetknięcia się ich pragnień z rzeczywistością - oboje byli sobą zainteresowani tylko dlatego, że byli odlegli od siebie, nie znali się żyjąc wyobrażeniami o sobie. Potwierdzają to ich słowa - Księcia, że zawsze będzie kochał dziewczynę, która mu uciekła i Kopciuszka kochającego odległego Księcia.



Napisałam wyżej, że film ten zamiast do dzieci, bardziej skierowany jest do rodziców. I ciężko temu zaprzeczyć patrząc na teksty piosenek niektórych postaci, zwłaszcza Wiedźmy. Gdy Piekarz i jego Żona w końcu mają upragnione dziecko, słyszymy Piekarza stwierdzającego, że z nim dziecko nie lubi przebywać (mimo że nie próbuje nawet spędzać z nim czasu) lecz z matką. Co ciekawe wcześniej jego obawy tyczyły się tego, jakim będzie ojcem nie chcąc powielać błędów swojego ojca, który nie sprawdził się w tej roli. Widać jednak, że tylko i wyłącznie on sam tak twierdzi przekładając to na swoje nowo narodzone dziecko. Kolejnym problemem jest kwestia ograniczania wolności swoich dzieci w imię ich ochrony przed okrutnym światem. Wiedźma kocha Roszpunkę, więc z obawy o nią zamyka ją w wieży. Nie rozumie jednak, że krzywdzi ją tym jeszcze bardziej. Na świecie są książęta, które prędzej czy później rozkochają młodą dziewczynę i prawdopodobnie porzucą, na co matka nie ma żadnego wpływu. Nie da się ochronić dziecka przed wszystkim, można jedynie odwlec w czasie moment bólu, jaki mu sprawi zetknięcie się ze światem, który jest jaki a nie inny. Problem, wydaje się, szczególnie aktualny zwłaszcza obecnie, gdy wmawia się matkom, że ich najważniejszym zadaniem jest trzymanie dzieci pod pewnym kloszem komfortu i bezpieczeństwa, zapominając jak niekorzystne skutki z tego płyną.


Ciekawym miejscem jest las do którego wchodzą wszyscy bohaterowie. To właśnie to miejsce, gdy historie wyłamują się ze schematów a bohaterowie zmieniają się lub odkrywają nieznane sobie wcześniej uczucia. Dla Jacka upokarzanego przez matkę jest to miejsce w którym może wykorzystać swoje niedoceniane zdolności jak spryt czy przebiegłość, Żona Piekarza po raz pierwszy odczuwa pożądanie wobec innego mężczyzny niż jej mąż, Kopciuszek znajduje swoje miejsce "pomiędzy" życiem z Macochą a wystawnym życiem w zamku, a Kapturek jest kuszony przez Wilka do zejścia z wyznaczonej przez rodziców słusznej drogi. Zdecydowanie mowa tu o miejscu, które jest idealnym odzwierciedleniem naszego wyjścia poza pewną strefę komfortu, które spotyka nas na pewnych etapach życia - gdy musimy zacząć żyć na własną rękę opierając się na wyuczonych zasadach lub zmierzyć po raz pierwszy z rolą rodzica. Widzimy również, że Wiedźma nie jest żadną personifikacją zła. Prędzej kimś w rodzaju obserwatora ludzi który widzi z boku ich przywary, zalety słabości. Właściwie żadna z postaci nie jest jednowymiarowa. Chcąc dotrzeć do celu niemal każdy popełnia po drodze większe lub mniejsze grzeszki - liczy się cel. 

Wejście w las zmienia każdego z bohaterów. Co oznacza, że mamy do 
czynienia z pewnym wyjściem poza ramy znanych nam baśni.

Co się chwali całości - film przez cały czas zachowuje korzeń z którego wzięły się wszystkie bajki. Każda z nich była opowiadana sposób, by przestraszyć dziecko i wywrzeć na nim taki efekt, by nie chciało ulec danej rzeczy. Dopiero od niedawna, śmiem twierdzić, że w przeciągu ostatniego wieku, wszystko wyprano z pewnych makabrycznych elementów. Tu mamy jednak lekkie odwołanie do tej mrocznej strony baśni, choć prędzej służy nam ono przypomnieniu, jak pierwotnie wyglądały te historie niż jakiemukolwiek pouczeniu. Pomysł całkiem niezły, gdy akurat trwa "odświeżanie" znanych baśni - zamiast cokolwiek dopisywać, skupmy się na pierwotnej wersji. Może być całkiem ciekawie. 


Chwali się powrót do pierwotnej wersji bajek niż dopisywanie wątków,
by nadać historii umownego realizmu.

Warto wspomnieć o aktorstwie. Tu akurat mamy jeden z tych musicali, gdzie wszyscy świetnie śpiewają (mówię to na tyle na ile może mi pozwolić niewyrobione ucho zwykłego widza) i jeszcze lepiej grają. Gdy Meryl Streep została nominowana do Złotych Globów, a następnie (po raz 19-ty już!) do Oscara wszyscy twierdzili (ja też), że to już jednak dopisywanie jej nazwiska do nominowanych na siłę. Patrząc jednak na jej Wiedźmę naprawdę trudno nie być pod jakimkolwiek wrażeniem jej talentu - jest odpowiednio dramatyczna w danych scenach, teatralna (ale w naturalny sposób, nie jest to ten rodzaj przesadnego grania) i co najważniejsze w żadnej scenie nie przeszarżowuje w swojej roli (w przeciwieństwie do jej nominowanego do Oscara występu z przed roku w  August Osage County). Jest tak samo świetna jak zawsze. Po prostu. Zaskoczeniem dla niektórych może być Emily Blunt oraz Chris Pine, którzy zaskakująco dobrze wypadają w swoich partiach wokalnych. Emily ma ładny głos, a Chris nie fałszuje, choć jego barwa niezbyt wpada mi w ucho (za to sam aktor nadal ma swoje piękne niebieskie oczy, którymi wpatruje się z ekranu). Jeśli jesteście zainteresowani Into the Woods ze względu na Johnny'ego Deppa mocno się rozczarujecie. Na ile pojawia się Wilk w bajce? Jest jakąś 1/3 historii? No to wyobraźcie sobie, na ile się pojawia tu, gdzie mamy crossover tylu baśni, a Kapturek przemierza las przez może 10 min. filmu. Nie zmienia to faktu, że Depp jak zwykle gra świetnie. Nie w "Jackowo-Sparrowowy" sposób, ani karykaturalny - po prostu jest przebiegłym wilkiem. Śpiewa też nieźle, choć czuć, że na wyższych tonach się gubi. O Annie Kendrick (pamiętacie irytującą Jessicę ze Zmierzchu?) powiedziałam kiedyś, że śpiewa niemal piszcząc, co wkurza. Zdanie oficjalnie zmieniam, bo nie ukrywam, że najbliżej powiedzenia, kto wokalnie spisuje się najlepiej i kogo najbardziej chce się słuchać, jestem o niej. Jest taki moment na początku, gdy wszystkie postacie śpiewają razem choć w innych pomieszczeniach (no wiecie, w każdym musicalu jest taka piosenka), gdzie "wchodzenie" na wysokie tony najlepiej wychodzi Annie i Emily Blunt.

Nie winą Meryl jest, że we wszystkim wypada tak znakomicie. 

A teraz totalnie subiektywne odczucie. Co tam świetna Meryl, przejmujący swoim smutkiem Kopciuszek przebiegły Wilk czy rozgniewany Kapturek (zapomniałam wspomnieć, że Lila Crawford jest naprawdę cudowna w tej roli) - i tak najwięcej uroku roztacza Daniel Huttlestone jako Jack. Sporo serc skradł jako mały smyk Gavroche w Nędznikach dwa lata temu i imponował umiejętnościami wokalnymi, a tu po prostu kontynuuje podbijanie serc. Nie będę ukrywać, że mam do niego ogromną słabość. Dziecię śpiewa pięknie, gra świetnie, wygląda uroczo z przydługimi włosami, mówiąc krótko nadaje się na scenę - pozostaje albo zazdrościć talentu i uroku, albo chcieć mieć takiego syna.

Młodsza część obsady spisuje się tak samo świetnie jak reszta, 
ale to jednak Daniel jako Jack kradnie uwagę. :)

Film miał dość mały budżet jak na disneyowkie widowisko, co niestety widać. Owszem, jestem fanką efektów specjalnych, ale tez nie wymagam ich obecności wszędzie. Tu natomiast wciąż miałam wrażenie, że las powinien wyglądać nieco fantazyjniej, tak by nie przypominać rekwizytu imitującego las na scenie, a kolory powinny nabrać głębi. Takie zwykłe podrasowanie filmu, nie dodawanie fantastycznych rzeczy rodem z Maleficient. Trochę to uwiera w oczy przez cały seans choć może nie każdego. 

Kolejny problem to muzyka. Nie, nie była zła. Większość piosenek właściwie całkiem wypada w ucho, ale... nie zostaje w pamięci na długo. Piosenkę Wilka umiem zaśpiewać tylko dlatego, że kilka razy zajrzałam do tekstu, a nie dlatego, że tak mi się spodobała, by słuchać jej przez kilka odtworzeń. Natomiast w Prologu jest pewien moment, którego naprawdę słucham w zachwycie. Trwa jakieś... 40 sekund. Ale to i tak najlepsze musicalowe 40 sekund, jakie ostatnio spotkałam ;) Po prostu to chyba nie jeden z tych musicali, gdzie po obejrzeniu będziemy słuchać w kółko danych lub choćby jednej partii. Wszystko ładnie brzmi, słowa odpowiednio wpasowane aktorzy umieją je czysto zaśpiewać i na tym sprawa się kończy.

Nim całkowicie skończę, wspomnę jeszcze o pewnej interpretacji, z jaką najczęściej można się spotkać rozmawiając o Into the Woods. Tyczy się kwestii AIDS. Sztuka powstała w latach 80-tych, które były początkiem epidemii tej choroby zarówno w USA jak i na świecie. Choć autor nie do końca się do tego przyznaje, to jednak zgadza się, że duch czasów mógł nieco wpłynąć na formę, co widać w postaci Olbrzymki, która zjawia się jako nieszczęście niosące za sobą niespodziewaną śmierć zarówno postaciom drugo- jak i pierwszoplanowym. Nie ma znaczenia, czy jesteś zły czy dobry, czy masz dzieci, którymi musisz się zając i dla nich żyć, czy samotny - śmierć może nagle spaść na każdego. I dla każdego jest to taką samą tragedią. Jednak sztuka idzie dalej pokazując, że w obliczu nieszczęścia powinniśmy się jednoczyć i razem z nim mierzyć, bo może się okazać że poza nami nie będzie już nikogo (a tak się składa, że lata 80-te były wyjątkowo okrutne dla zarażonych HIV, gdzie rząd uciekał przed podjęciem jakichkolwiek kroków w tej sprawie, a chorych odtrącano i zostawiano samym sobie, gdyż nie wiedziano jak dokładnie przenosi się wirus) . Po prostu musimy na sobie polegać. Obecnie eksponowanie tego przekazu nie jest szczególnie potrzebne, z racji czasu jaki dzieli tamtą dekadę a XXI w. oraz wiedzy, jaką dysponujemy, ale zawsze miło wiedzieć, że gdzieś tam to siedzi między wierszami.


Spustoszenie, jakie sieje Olbrzymka jest dość ciekawym odzwierciedleniem choroby, która siała grozę w XX w. i nawet jeśli dziś nie jest to tak wyraźnie czytelne, to zawsze fajna jest świadomość istnienia tego drugiego dna.

Co jednak najbardziej konfundujące to fakt, że przez nieudany marketing omal nie przeoczyłabym filmu myśląc, że to kolejna produkcja dla dzieci, którą spokojnie można odłożyć na później. I to zdziwienie gdy okazało się, że mam do czynienia z filmem inteligentnie wyłamującym się ze znanych schematów (cudowna scena gdy Kapturek pyta: Dlaczego musimy zabić Olbrzymkę? Nie możemy jej po prostu przebaczyć? Ile razy takie zdanie pada w amerykańskich filmach?), skierowanym na pewno nie do dzieci lecz ich rodziców i, co najważniejsze, będącym po prostu dobrym filmem (bo jak wypada jako ekranizacja sztuki, nie wiem), Trochę to smutne, bo ileż widzów poczuje się oszukanych, gdy już zasiądą w fotelach kinowych. Nie dlatego, że film okaże się zły, tylko po prostu nie zobaczą tego, co im obiecywano na plakatach i w zwiastunach. A takie rozczarowanie zawsze zraża i boli.

poniedziałek, 21 lipca 2014

Najlepszy Spiderman, jakiego moglismy dostać, czyli szczery zachwyt nad nowym człowiekiem-pająkiem

Cofnijmy się parę lat wstecz do momentu, od czasu wyczekiwania Spidermana 4 do chwili, gdy ogłoszono reebot całej serii. Niemal nikt nie był zadowolony z kręcenia od nowa całej historii, lecz ci, którym poprzednia wersja nie przypadła zbyt do gustu, mieli jako taką nadzieję, że wreszcie dostaną takiego Spidermana, jakiego chcieliby widzieć od początku. Oznaczało to wymianę całej obsady i napisanie historii od początku. Będąc szczerą, nawet mnie się ten pomysł nie podobał. Skoro poprzednie filmy były dobre (no dobra, zależy o której części mowa, ale ogólnie seria była dobra), to po co kręcić od nowa, tym bardziej, że trylogia wcale się nie tak bardzo nie zestarzała? Założę się, że wielu myślało tak samo. Jednak czas pokazał, że decyzja producentów była jak najbardziej słuszna. Bo dostaliśmy najlepszego Spidermana, jakiego mogliśmy oczekiwać. Żeby było jasne - wiem, że nie wszyscy się z tym zgodzą. Wiem, że nie każdemu nowa twarz Petera Parkera będzie odpowiadać a nowa odsłona przypadnie do gustu. Ale trzeba przyznać, że ten film ma wiele rzeczy, których brakowało poprzedniej wersji. I należy wziąć pod uwagę, że przez 10 lat, jakie dzieli Spidermana od The Amazing Spiderman (też nie możecie uwierzyć, że upłynęło AŻ tyle???) zmienił się też sposób kręcenia komiksowych ekranizacji, co widać po porównaniu obu wersji. Ale po kolei. 

Pierwsza istotna rzecz to wymiana Tobey'ego Maguire'a na Andrew Garfielda. Można tylko pogratulować ludziom od castingu za ten wybór, bo Garfield jest świetny nie tylko jako Spiderman ale przede wszystkim jako Peter Parker. W świecie komiksowych ekranizacji bohaterowie, którzy mają dwa oblicza - pierwsze jako zwykłego człowieka i drugie superbohatera w kostiumie i masce - ważne jest obsadzenie aktora, który będzie przekonujący zarówno jako zwykły człowiek jak i bohater ratujący życia cywili i walczący ze złem. Nie zawsze się to udaje, ale w przypadku obu wersji Spidermana wybór był raczej dobry. 

 I co ja mam poradzić, że Toby'ego jako Petera widzę właśnie tak...

Tobey z miną zbitego psa i łzawym spojrzeniem bez problemu pokazywał, jak wygląda życie szkolnego fajtłapy, by chwilę później szybować wśród wieżowców Nowego Jorku, a Andrew Garfield śmiga na deskorolce po szkolnych korytarzach, włóczy się nie do końca legalnie po laboratorium, by następnie wdawać się w uliczne bójki, czasem i bez kostiumu. Obaj aktorzy po prostu pasują do tej roli. Problem zaczyna się, gdy zastanowimy się, ile można patrzeć na tę nieszczęsną twarz Tobey'ego jako Petera. Gdzieś w okolicach 3 cz. mamy dosyć. Za to patrząc na Garfielda jako nowego Petera Parkera mamy nastolatka, który, owszem, ma kłopoty, nie raz dostaje po tyłku w szkole, ale jednocześnie z lekkością i humorem pokazuje Petera jako zawadiakę, który nie zawsze ma ochotę być poważny, ale gdy trzeba rzuci się, by nieść pomoc. Pod tym względem Garfield wypada nieporównanie lepiej. Duża w tym zasługa tego, że nawet w połowie nie ma tak dziwnie głupiego wyrazu twarzy jak Tobey, bo nie da się ukryć, że posiada sporo uroku, gdy patrzy się na niego na ekranie.



Pora przestać myśleć o Peterze jako fajtłapowatym chłopaku.

Poza tym tu mamy też ciekawszego Petera Parkera, bo nie jest to chłopak potykający się o własne buty i wzdychający do ślicznej sąsiadki, ale ktoś, kto zalicza mniejsze lub większe wpadki, ale koniec końców umie przejąć inicjatywę, jeśli chce zdobyć dziewczynę i nie boi się grać na nerwach szkolnemu osiłkowi, gdy widzi, że sposób postępowania tamtego nie jest do końca fair. O ile Tobey Maguire zwyczajnie irytował, tak z polubieniem Andrew Garfielda nikt nie będzie miał żadnego problemu.

    To taka dobra zamiana jest.

Kolejna zmiana na plus to wymiana Kirsten Dunst na Emmę Stone. Taak, wiem, że Dunst grała Mary Jane, a Stone gra Gwen (którą w Spiderman 3 grała Bryce Dallas Howard), więc mowa tu o dwóch różnych postaciach, ale wiecie, o co mi chodzi - o dziewczynę Spidermana. No dobra, w tym przypadku chyba zamiana na kogokolwiek innego spotkałaby się z moją przychylnością, gdyż Dunst na ekranie po prostu nie znoszę. Poza nim raczej też. Ale wracając do postaci Mary Jane, to wydaje się ona być raczej mało ciekawą postacią kobiecą, taką kompletnie bez charakteru (co jest akurat winą scenarzystów aniżeli aktorki). Jej największy wkład w poprzednie filmy wyglądał tak - wisi w powietrzu, krzyczy, jest ratowana przez Spidermana. Następnie znów jest nie tam, gdzie powinna, prawdopodobnie gdzieś wysoko i znów jest ratowana przez Spidermana. Aha, i krzyczy. Nie da się być aktorką wysokobudżetowych produkcji nie umiejąc piskliwie krzyczeć. Toteż Mary Jane w wykonaniu Dunst drze się wniebogłosy. Za to Gwen w nowym filmie wydaje się poza trafionym obsadzeniem, również ciekawie napisana. Nie w taki sposób, by stawiać ją jako przykład kreowania kobiecych postaci, ale tak, by nie była dodatkiem do bohatera, a jej rola skończyła się na ładnym wyglądaniu i efektownym wrzasku, gdy pojawia się niebezpieczeństwo. Gwen wydaje się stanowcza i widać, że nie straszny jej wielki jaszczur demolujący szkołę, bo bez oporów rzuci się na pomoc Spidermanowi i zacznie okładać go krzesłem (jaszczura, nie Spidermana). To ona odgrywa dużą rolę w ostatecznym zwalczeniu przeciwnika swojego chłopaka. I co ważne - jest wolna. Serio, to taka ulga, gdy scenarzyści odpuszczają nam godzinę filmu na oglądaniu jak to bohaterka woli innego, a nasz biedak głowi się, jak zwrócić na siebie jej uwagę. Nie jest również tak podatna na urok Petera, by nie wkurzyć się, gdy niespodziewanie ją całuje i wyznaje, kim jest. Gdy Peter mówi jej, że ma uciekać i zaznacza, że to rozkaz, Gwen ma to gdzieś i robi po swojemu. To dziewczyna z charakterem, nie ma co. W dodatku Emma Stone idealnie pasuje do odgrywania "mądrych" dziewczyn. I wcale nie potrzebuje do tego okularów, co jak wiadomo, jest nieodłącznym atrybutem filmowych kujonów. Choć z drugiej strony Peterowi je założyli. Ale tylko na chwilę. 

 To chyba jedyne, co można powiedzieć, gdy ma się ojca gliniarza i chłopaka wspinającego się po budynkach, którego ściga policja.

Na dużą pochwałę zasługują scenarzyści. Nie, nie dlatego, że dali nam coś na miarę Mrocznego rycerza, ale dlatego że nie dostaliśmy szablonowych postaci i przewidywalnych dialogów. Teraz zacznie się ta część z pewną dawką spoilerów, ale zaznaczam, że nie aż tak ważnych dla rozwoju fabuły, by zepsuć oglądanie. Przede wszystkim bardzo ciekawie i niejednoznacznie pokazano nam typowego osiłka, którego głównym hobby jest dręczenie słabszych. Kierując się tym, co zazwyczaj widzimy na ekranie, raczej niewielu spodziewałoby się, że Flash po bójce z Peterem i jego odwecie przyjdzie do niego i powie, że mu przykro z powodu śmierci wujka Petera. Co prawda Peter rzuca się na niego w obawie, że ten mu coś zrobi ale koniec końców widać, że Flash mówi szczerze, a Peter to docenia. Serio, to duży krok w przód, jeśli chodzi o kreowanie takich postaci, które jak dotąd słynęły z tępoty, głupoty i agresji. Nie żeby Flash był tego do końca pozbawiony, ale z pewnością wydaje się bardziej "ludzki" i pozbawiony w mniejszym stopniu złych zamiarów (ale podkreślam - w mniejszym stopniu, a nie całkowicie). Jak już wspomniałam Gwen również jest tu dobrze stworzoną i poprowadzoną postacią. 
 To jeden z tych dialogów, gdzie widać poczucie humoru scenarzystów, dzięki czemu sceny Petera z Gwen są tak samo fajne jak reszta filmu (w przeciwieństwie do poprzednich filmów).

W roli złego charakteru dobrze wypada Rhys Ifans (kolejny Brytyjczyk w roli złego na ekranie), który na początku zyskuje naszą sympatię, nie tylko ze względu na grę aktora, ale również na dość smutny los, jaki go spotkał, co z kolei pchnęło go do mniej słusznych działań. Niestety nieco irytujące jest w tej postaci to, że przez swoją przewidywalność jest mało ciekawa. O ile w przypadku Petera, Gwen i Flasha dostaliśmy dobre postacie, nieco wypadające z dotychczasowego sposobu ich przedstawiania, tak tu patrząc na kolejnego naukowca chcącego ulepszyć świat swoimi odkryciami ziewamy z nudów. Tym bardziej, że groźny jest dopiero wtedy, gdy przechadza się po ekranie jako wielka jaszczurka.

 Poznajcie doktora Connorsa. Po godzinach biega po ulicach Nowego Jorku, ewentualnie szkolnych korytarzach jako przerośnięta jaszczurka, której pod nogami plącze się Spiderman

Przez ostatnie lata, a dokładnie od czasu pierwszego Iron Mana widać zmianę w kręceniu komiksowych historii w postaci dużej dawki humoru na rzecz zmniejszenia ilośćii patosu i powagi. W przypadku Amazing Spiderman sprawdza się to idealnie, bo historia nastolatka zmieniającego się w człowieka pająka, szybującego wśród nowojorskich wieżowców i wkurzającego policjantów, aż prosi się o przedstawienie od nieco humorystycznej strony. Absolutnie świetna jest scena, gdy Peter łapie złodzieja samochodów (pouczając przy tym, by nie ubierał się jak złodziej, bo od razu wiadomo, kim jest), straszy pajęczynami (bo go to bawi), następnie oddaje w ręce policji i nie może uwierzyć, że chcą aresztować właśnie jego, mimo że odwalił 80% pracy za nich, co zresztą im słusznie wytyka. Czy też scena, gdy stoi na szczycie wieżowca prężąc pierś w swoim kostiumie, by chwilę potem odebrać telefon od cioci i usłyszeć, że ma kupić jajka, i to koniecznie ekologiczne. O scenie w metrze, gdy przypadkiem robi demolkę i usiłuje przeprosić gości, których właśnie pobił i dziewczynę, której zdjął przypadkiem bluzkę już nawet nie warto wspominać, bo to zwyczajnie trzeba obejrzeć. Andrew Garfield jest po prostu świetny i widać, jak bawi się rolą. 


 


 To z całą pewnością jedna z najzabawniejszych scen w całym filmie :-D

Warto też dodać, że film ma świetną oprawę wizualną. Kadry są odpowiednio klimatyczne, w zależności od miejsca akcji i okoliczności, a Spiderman wyczynia w tak piękny sposób swoje akrobacje, że nie sposób się zachwycić. Świetnie dobrana jest również muzyka, która nadaje lekkości całemu filmowi, nie raz odbierając również powagi tam, gdzie trochę jej powinno być lub sprawia, że po prostu mamy ochotę patrzeć na ekran i słuchać tego, co właśnie leci (choćby scena, gdy Peter trenuje na deskorolce, łazi po drabinach i ścianach i w ogóle jest dużo się dzieje a w tle słyszymy spokojny kawałek Coldplay). 


Czy ja pisałam już coś o pięknych, tak bardzo komiksowych kadrach?

SPOILER! Chyba też po raz pierwszy w filmie Spiderman tak często lub tak szybko zdejmuje maskę i ujawnia, kim jest lub jak wygląda jego twarz. O ile dobrze wyliczyłam robi to 3 razy, co jest dość nietypowe w porównaniu do poprzedniej wersji, gdzie o ile dobrze pamiętam w 1 cz. nikt nie wiedział, kim jest Spiderman, a sama Mary Jane poznaje jego tożsamość dopiero w 2 cz. Nie chcę przez to powiedzieć, że to źle lub dobrze, ale w sumie całkiem fajnie, gdy ukrywanie swojej twarzy przed wszystkimi nie jest męczącym obowiązkiem głównego bohatera, z czym chyba bardziej niż Andrew Garfield borykał się biedny Tobey kilka lat wcześniej. I zdejmuje to też z widza obowiązek przejmowania się sytuacjami, gdy główny bohater jest niemal o krok od ujawnienia swojego oblicza - bo w końcu nigdy nie wiadomo, co z tego wyniknie. Tu wydaje się, że bez maski Peter też może być dalej Spidermanem, choć z podejściem "lepiej nie". 


Podsumowując Amazing Spiderman (też macie wrażenie, że w oryginale brzmi to sto razy lepiej niż polskie Niesamowity Spiderman, co brzmi raczej jak okrzyk na widok akrobacji Spidermana niż tytuł filmu?) okazuje się zaskakująco dobrym reebotem serii, która wcale nie była zła, ale potrzebowała jednak odświeżenia. Tym bardziej, że to film zrobiony wg współczesnych zasad ekranizacji komiksów, nie tych, które panowały na początku tamtej dekady, która była jednocześnie dekadą otwierającą dobrą passę dla komiksów, bo ekranizacje takie jak X-Men, Spiderman czy Batman pokazały, że filmy o superbohaterach mogą być dobre, bez kiczu i tandety, którą dały nam te z lat 90-tych. Obecnie mamy wielki boom na ekranizacje komiksów, w czym przodują filmy z Marvela, odnoszące kasowe sukcesy i nie raz zyskujące pochlebność krytyki. Stan ten utrzyma się jeszcze przez najbliższych kilka lat, więc Spiderman nie jest na pewno pierwszym i ostatnim odświeżonym wizerunkiem superbohatera. A zresztą, to dokładnie tak jak w komiksach - gdy wyczerpie się już wszystkie pomysły na głównego bohatera, wtedy rozpoczyna się serię od nowa w nowym wydaniu. I tylko w ten sposób Batman, Superman, Kapitan Ameryka, Hulk czy X-Meni przetrwały te kilkadziesiąt lat, aż do teraz, by nadal wzbudzać zainteresowanie. Jeśli chodzi o Spidermana, nowe podejście do wizerunku człowieka pająka jest jak najbardziej udane, a w moich oczach nawet lepsze niż to, co dostaliśmy poprzednio, tym bardziej, że Spiderman 3 był średnio udanym sequelem. Film posługujący się tym, co już znamy, daje nam to samo tylko w o wiele lepszym wydaniu, co jest chyba dość ważną rzeczą, jeśli bierzemy się za kręcenia czegoś od nowa.

Trzeba przyznać, że jeszcze nigdy komiksowe historie na ekranach nie miały się tak dobrze jak od kilku ostatnich lat.

I jeszcze jedno. Jeśli zachęciłam kogokolwiek do obejrzenia tego filmu, to błagam Was - nie róbcie tego z lektorem. To nie tak, że aż tak mi zależy, by ludzie czytali wszędzie, nawet w filmach, tylko po prostu lektor czyni nam tę krzywdę, że odbiera możliwość usłyszenia oryginalnych głosów aktorów, którym też się posługują w odgrywaniu swoich postaci. Andrew Garfield owszem bawi jako Peter Parker i Spiderman, ale bawi nieporównanie bardziej, gdy słyszymy, jak szybko i zabawnie wypowiada swoje kwestie tak, że tyle wystarczy by uśmiechnąć się pod nosem. To się sprawdza w wielu innych przypadkach, bo masa aktorów genialnie bawi się swoim głosem, by dodać coś do granej postaci, toteż w chwili, gdy włączamy wersję z lektorem sami się pozbawiamy dodatkowej frajdy. Serio, jeśli tylko jest taka możliwość, wybierajcie napisy. Przyzwyczaicie się, poza tym niewiele czasu zajmie Wam nauka szybkiego czytania na ekranie tak, by nie odwracać uwagi od tego, co się dzieje w filmie. I gwarantuję Wam, że szybciej załapiecie angielski.
Tak scena nawet w połowie nie jest tak zabawna, jak wtedy, gdy słyszymy oryginalny głos Andrew Garfielda i jego śmieszną intonację.

niedziela, 20 lipca 2014

Jest na co czekać! czyli krótki przegląd zbliżających sie premier

Tworząc nowe wpisy (aż 3 na obecną chwilę czekają w kopiach na dokończenie i opublikowanie) postanowiłam dopisać jeszcze jeden (na szczęście nie wylądował w skrzynce tylko pofrunął jako trzeci na bloga), który jako tako "wypełni" czekanie tych, którzy łaskawie poświęcili czas na czytanie moich wypocin i chcą wiedzieć, co napiszę jeszcze. Tak na marginesie - naprawdę dziękuję. Serio. Dlatego wybaczcie, że wciąż nie mam nic gotowego, z tego, co zapowiadałam. Toteż przeglądając najbliższe premiery postanowiłam wrzucić listę filmów, których wyczekuję w tym roku. Może kogoś to zainteresuje, może ktoś z Was sam odkryje, że też ma na co czekać. Bo nie ma nic lepszego niż wyczekiwanie i śledzenie wszystkich nowych materiałów, jakie wypływają do sieci - to sprawia, że czekanie jest nie raz sto razy lepsze niż sama premiera.  

Strażnicy galaktyki. No dobra, tego tytułu nie mogło zabraknąć. Umówmy się - jeśli widziało się Avengers, Iron Mana i kilka innych produkcji ze stajni Marvela to czekanie na SG po prostu obowiązuje każdego fana. No i kto nie chciałby widzieć szopa pracza mówiącego głosem Bradley Coopera, Groota dubbingowanego przez Vina Diesela i zielonej Zoe Saldany (która 4 lata temu była niebieska w Avatarze)? Niestety żaden z panów nawet w połowie nie zachęca mnie do filmu tak jak Lee Pace w roli Ronana Niszczyciela. Gość, który jest tak pięknym elfem w Hobbicie jest wystarczającym powodem, by chcieć obejrzeć coś, co raczej średnio mnie interesuje. A premiera niebawem, bo już za dwa tygodnie, dokładnie 1 sierpnia.
                                

Sin City 2: damulka warta grzechu. To jest jeden z tych filmów, na które nie wiemy, że czekamy, póki nie zobaczymy zwiastunu. W weekend majowy przypadkiem obejrzałam 1 cz. i jedyne, co mi zostało w głowie to "ciekawe, oryginalne, z pomysłem, ale kompletnie nie w moim stylu". Bo widzicie, Sin City to komiks całkowicie przełożony na film. Film, który spokojnie mógłby się stać osobnym gatunkiem filmowym. W dodatku ze świetnym klimatem podkreślonym czarno-białą kolorystyką (z odcieniami czerwieni i żółci) i całkiem przyjemną dla oka obsadą. Ale z pewnością nie dla każdego (nie w taki sposób, by się wszystkim spodobał). No, ale fani po 8 latach doczekali się kontynuacji i tak oto mamy ten świetny zwiastun. I naprawdę fajnie zobaczyć znów Bruce'a Willisa i Jessicę Albę w tym nietypowym duecie (serio, ich wątek w filmie jest jednocześnie dziwny i interesujący), a do tego coraz bardziej docenianą Evę Green i Josepha Gordon-Levitta. Mnie to wystarczy na zachętę. 

    


Interstellar. Jest tylko jeden powód, dla którego tak bardzo chce zobaczyć ten film: Christopher Nolan. Człowiek, który nakręcił najlepszego Batmana (mowa o Mrocznym rycerzu), świetną Incepcję i fantastyczny Prestiż jako jedyny może mnie zachęcić do filmu, którego fabuła brzmi zupełnie od czapy. Na Ziemi mamy deficyt zboża. Oto grupa badaczy poprzez wykorzystanie tuneli czasoprzestrzennych postanawia wyprawić się w kosmos w poszukiwaniu pomocy. Tyle mniej wiecej zrozumiałam ze skąpego opisu filmu, który w kółko się zmienia (Nolan niezbyt chętnie zdradza zarysy fabularne swoich filmów). Szczerze? Nie brzmi to ani trochę zachęcająco i gdybym nie wiedziała, jak świetne filmy kręci Nolan zwyczajnie olałabym te pozycję. Ale jeśli kręci go jeden z najlepszych mainstreamowych reżyserów Hollywood, to trzeba go zobaczyć. I bądźmy szczerzy - od czasów Mrocznego rycerza na każdy film Nolana czeka cały świat filmowy. Bo wszyscy są ciekawi, co tym razem da nam ten cholernie zdolny Brytyjczyk. Ach, i obsada. O ile nazwiska Mattew McConaughey, Jessiki Chastain, Anne Hathaway i Michaela Caine'a (który po 2005 zagrał we wszystkich jak dotąd filmach Nolana) cieszą oko, to mnie jednak najbardziej ciekawi Wes Bentley. Może dlatego, że kibicuję ludziom, którzy po odbiciu się od dna próbują na nowo sił w filmie. A po American Beauty wiem, że Bentley talent ma. A premiera już w listopadzie. 

     


Unbroken. Taggliny brzmiące: Based on the incredible true story zazwyczaj są mocno podkoloryzowane i przesadzone, ale w tym przypadku to prawda. Bo historia faceta, który święcił triumfy na Olimpiadzie w Berlinie w latach 30-tych jako sprinter, by w trakcie II wojny światowej zostać strąconym z nieba podczas lotu, spędzić ok. 50 dni na oceanie bez jedzenia i wody, a następnie trafić do niewoli w japońskim obozie jenieckim i co najważniejsze, przeżyć to, z pewnością można nazwać incredible. To film biograficzny o Louie'm Zamperini, człowieku, który miał tak dużo szczęścia w życiu, że ciężko w to uwierzyć. Za kamerą stanęła sama Angelina Jolie, co przykuwa uwagę jeszcze bardziej. Wystarczył jeden trailer, bym na gwałt szukała książki, na której został oparty i jeszcze w tym samym dniu zaczęła czytać Niezłomnego Laury Hilderson. Po trailerze nietrudno zauważyć, że film jest po prostu skrojony pod Oscary, więc już Wam przepowiadam, że jeśli się uda, to możemy się go spodziewać za pół roku po ogłoszeniu nominacji .A scenariusz napisali bracia Cohen, co w sumie już załatwia nominację scenariusz adaptowany. Co do obsady, wystarczy mi obecność Garretta Hedlunda, by mieć pewność, że obejrzę film, ale ciekawa jestem występu Miyavi'ego. To japoński muzyk, który jest kojarzony z masą kolczyków, warkoczyków, zamiłowaniem do nietypowych fryzur i zdumiewającym drygiem do gitary. Tu mamy go w roli sadystycznego strażnika, który zamienił życie Zamperiniego w obozie w piekło. Jest coś ciekawego w obserwowaniu muzyków próbujących swoich sił na ekranie, tym bardziej, że nigdy nie wiadomo dla kogo jest to zabawą, a dla kogo faktycznym sprawdzianem swoich aktorskich możliwości. W przypadku Miyavi'ego liczę na dobry efekt tego drugiego.
             

                                       


Laggies. Od jakiegoś czasu grzebiąc w filmach, które JUŻ obejrzałam zauważyłam pewną zależność - film, który mi się podoba, był wyświetlany na Sundance Festival, najbardziej rozpoznawalnym festiwalu filmów niezależnych na świecie. To musiało się skończyć moją miłością do Sundance. Nic dziwnego, że niemal każdy film, który był tam wyświetlany, budzi we mnie żywe zainteresowanie. A Laggies trafia do nas właśnie stamtąd. Mamy tu Keirę Knightley, Chloe Grace Moretz i Sama Rockwella. Jeśli mam być szczera i bez ściemniania, jaki to trailer fajny i zabawny, to powiem, że po prostu czekam na duet Knightley-Rockwell. Niestety nie wiadomo, kiedy premiera w Polsce.  

                                    

The Rover. Znów to samo. Wystarczy jeden aktor, by wiedzieć, że chce się ten film zobaczyć już, zaraz. W przeciwieństwie do styczniowej premiery Laggies na Sundance ten premierę miał w maju na festiwalu w Cannes. Co więcej krytyka bardzo pochlebnie wyraziła się o roli Roberta Pattinsona, który gra upośledzonego zakładnika głównego bohatera, Erica (Guy Pearce), co jest obiecujące dla tych, którzy w talent biednego Roberta po Zmierzchu nie zwątpili. Patrząc na trailer i materiały, film wygląda bardziej niż zachęcająco, a Pattinson wydaje się najciekawszą postacią w filmie (przynajmniej dla mnie). Jeśli ta rola naprawdę jest tak dobra, jak się zapowiada, to chyba warto czekać na film. No i całość rozgrywa się w Australii, co tylko dodaje klimatu.




Na obecną chwile to tyle z wyczekiwanych premier. No dobra, w kolejce są jeszcze Jupiter ascending, Hobbit i Kosogłos (1 cz. ostatniego tomu Igrzysk śmierci), ale na to zwyczajnie nie mam sił, by pisać, tym bardziej, że w założeniu to miał być krótki wpis. Bardzo krótki. A wyszło, jak zwykle. 
A teraz wieści parafialne. Nie wiem, czy wszyscy zdają sobie z tego sprawę, ale w nadchodzącym tygodniu czeka nas impreza w postaci Comic Con. Co prawda imprezować będą tylko ci, którzy przyjadą w tym czasie do San Diego, ale dla nas oznacza to wysyp nowych rzeczy odnośnie filmowo-telwizyjno-komiksowego świata, co sprawia, że wszyscy, którzy oczekują jakichkolwiek nowości co do ulubionych filmów, seriali, gier i komiksów zacierają ręce na myśl o środzie otwierającej ten dwutygodniowy zjazd. Prawdopodobnie pierwsze trailery najbardziej wyczekiwanych filmów tego roku pojawią się właśnie na Comic Conach (Kosogłos i Hobbit! a dla niektórych również 50 twarzy Greya choć premiera dopiero w następnym roku). Studio Marvel skutecznie podgrzewa atmosferę newsami odnośnie nowych wcieleń postaci komiksowych (Thor jesienią będzie kobieta, a nowy Kapitan Ameryka czarnoskóry), więc wszyscy są ciekawi, co szykują na Comic Conach, tym bardziej, że niedawno ogłosili swoje filmowe projekty (a właściwie samo ich istnienie) co oznacza, że przez najbliższe 10 lat mniej więcej co roku będziemy mieć jakąś marvelowską ekranizację komiksu w kinach. Comic Cony oznaczają też, że przez najbliższe 2 tygodnie internet będzie pełny filmików i gifów ze spotkań ekip z fanami. To akurat dobra wiadomość dla bywalców Tumblra ;)
I jeszcze jedno. Wczoraj był ważny dzień. Powtarzam WAŻNY. Otóż, pewien obywatel Wielkiej Brytanii obchodził swoje 38 urodziny, co sprawiało, że gdziekolwiek pojawialiście się w internecie wyskakiwał nam Benedict Cumberbatch. Myślę, że już najwyższy czas, by Wielka Brytania uczyniła z tego święto narodowe i dzień wolny od pracy. I muszę też wspomnieć, że ów szanowny Anglik zjawi się na Comic Con z racji promocji filmu Pingwiny z Madagaskaru, gdzie udziela głosu jednej z postaci (nie, nie pingwina, chodzi o jakiegoś "złego"). Czy muszę dodawać, że to dobra wiadomość?

czwartek, 10 lipca 2014

Opowiedzmy to krótko, czyli słów wcale nie kilka o krótkometrażówkach

Jakie są najczęstsze zarzuty pod adresem pełnometrażowych filmów? Te najpopularniejsze to: błędy logiczne umiejscowione w spójności fabuły, film jest za długi/za krótki (no co, to drugie też się zdarza), gra aktorska nie taka jak trzeba, oklepany scenariusz, całość nudna i w ogóle nie raz szkoda nam czasu poświęconego na to, co właśnie obejrzeliśmy. Oczywiście jest tego dużo więcej, ale macie ogólne pojęcie, o co mi chodzi. Sama nie raz po 15 min. filmu stwierdzałam, że to może być coś dobrego, a nawet ma szanse załapać się na wyższy pułap przy ocenianiu, tylko to, by pod koniec stwierdzić, że całość nie porwała nawet w połowie tak, jak się zapowiadało, a w dodatku historia zaczęła zwyczajnie nużyc. I rozczarowanie gotowe. Jednak istnieje pewna forma filmów, które akceptuję pod wszystkimi względami, od początku do końca, bo nigdy nie są tym, czym mogłyby się wydawać na pierwszy rzut oka, i nigdy nie szkoda czasu na obejrzenie któregokolwiek z nich. I nie potrzebuje oglądać ich po dwa razy, by mi się spodobały. O czym mowa? O filmach krótkometrażowych.



Powodów, dla których poświęcam im czas jest wiele, ale ten jeden jedyny, najważniejszy jest jednocześnie najbardziej banalnym - bo są krótkie. Krótkie w taki sposób, że mogę się łokciem oprzeć o blat, wetknąć nos w monitor na te kilka minut i zachwycić się prostą, nie raz ckliwą powiastką, która w półtora godzinnym filmie nigdy nie miałaby szans zrobienia wrażenia. Tak, tak, moi drodzy, nigdzie proste, przewidywalne historie nie są tak dobrze opowiedziane jak w cudownych krótkometrażówkach. Nigdzie też nie znajdziecie (bo nie mam co ukrywać, że to właśnie animacje już dość dawno temu podbiły moje serce) tyle magii i ciężko wytłumaczalnego piękna, które potrafi zachwycić nas na swój zwykły, prosty sposób i jeszcze będzie nam głupio, że bajka nam się podobała (dość częsty problem dorosłych ludzi). Historia rodzącego się uczucia między przypadkowa parą, gdzie Pan rzuca papierowymi samolotami, by zwrócić uwagę Pani (mowa o zeszłorocznym laureacie Oscara Paperman), zachwyca w 6-minutowym filmiku, ale w pełnometrażowym filmie nigdy nie miałoby szans zdania egzaminu, może nadawałoby się na jedną scenę. Albo przypomnijmy sobie, ile to już historii o psach mieliśmy w kinie - Lassie szukająca drogi domu, Biały Kieł i Buck uczący się ufać ludziom, Beethoven i Marley wprowadzający chaos u nowych właścicieli i wiele innych, jednak na równi z nimi można postawić animację o psie uczącym się przyjaźni z pierwszym człowiekiem na Ziemi, Adamem (mowa o Adam and Dog) trwającą zaledwie kwadrans.


 
Na korzyść tych filmów przemawia również fakt, ze albo ma się pomysł na historię i dodaje się animację, albo ma się pomysł na świetną animację zostawiając fabułę na drugim planie, a efekt w obu przypadkach może być tak samo dobry. Bo szczerze mówiąc tego nie kręci się dla fabuły (a przynajmniej nie tylko to w tym chodzi), ale co zaskakujące - prostą historią można niejednokrotnie trafić do widza o wiele bardziej niż złożonym filmem fabularnym. Konstrukcja tych animacji wygląda zazwyczaj tak, ze mamy ładny obrazek, patrzymy na niego, zachwycamy się, obserwujemy, co się dzieje, a końcówka ujawnia to, do czego zmierzał od początku autor, tylko na te parę chwil pozwolił nam o tym zapomnieć. Czasem wygląda to jak dostanie obuchem w łeb, a czasem skłania delikatnie do refleksji. Przy czym zazwyczaj otrzymujemy to drugie, co sprawia, że jeszcze łatwiej zapałać sympatią do tych filmów.
Warto tez dodać, że wytwórnie chętnie sięgają po tę formę, bo te filmy dużo nie kosztują, więc nie jest to ryzyko dużej straty finansowej. I nie raz wielkie produkcje Disneya lub Pixara poprzedzają takie kilkuminutowe filmiki. Można się tylko domyślić, że dzieci są zachwycone (albo i nie, w końcu to tak szybko się kończy).
Po co to piszę? Otóż raz na jakiś czas, gdy brak mi już pomysłów na to, co obejrzeć i się dobrze bawić, wracam do ukochanych animacji i dodaję kolejne pozycje do listy najlepszych rzeczy, jakie widziałam w życiu. Nic dziwnego, że w głowie stworzyła mi się również lista najciekawszych (a może po prostu ulubionych), na jakie trafiłam. I właśnie tymi chciałabym się podzielić. Ach, i jeszcze jedno. W nich nie ma dialogów. No, prawie. A jeśli są, to na poziomie, na którym "ogarniecie", o co chodzi. Ale żeby uniknąć trudności Sintel wybrałam specjalnie z napisami. Żeby się przyjemniej oglądało. Choć nadal uważam, że to zbędne. 


                                                             Partly Cloud        



No dobra, umówmy się - ten film utrwala mit, że to bocian przynosi dzieci, ale... spójrzcie na niego. Czyż nie jest rozczulający? Całość w jasny sposób przekazuje, że przyjaźń wymaga wiele wysiłku i poświęcenia, ale koniec końców warto. Nawet gdy wątpimy w lojalność drugiej strony. No i Partly Cloud to jedna z tych produkcji, po których zostaje szeroki uśmiech na twarzy i ma się ochotę powiedzieć "urocze to było".


                                                                  La Luna               


Czy tylko mi gwiazdki przypominają takie małe ciasteczka? No, może gdyby nie stukały jak kryształki przy zamiataniu. Ale teraz wiecie już, skąd mamy kwadry księżyca. Dla ciekawskich dodam, że to dzieło Pixara, wyświetlane, o ile się nie mylę, przed Meridą Waleczną w kinach. I choć powoli się rozwija, to na końcu skłonni jesteśmy przyznać, że to jedna z najbardziej uroczych i magicznych animacji, jakie mogliśmy dostać.


                                                                     Katedra                


W 2002 r. jednym z najgłośniejszych wydarzeń w kraju była nominacja krótkiej animacji Tomka Bagińskiego do Oscara, czyli Katedry. Statuetki nie zdobył, ale rozgłos i owszem. Katedra to taki parominutowy przebłysk geniuszu Bagińskiego, bo nie dość, że robi wrażenie animacją (mimo 12 lat od premiery) to jeszcze ciężko ją jednoznacznie odebrać. Interpretacji jest cała mnogość, a i tak ciężko powiedzieć, co robi Pielgrzym na obcej planecie, w jakim celu się udał i co zobaczył. Całość opiera się na opowiadaniu Jacka Dukaja (którego nie czytałam NIESTETY) o tym samym tytule, więc domyślam się, że lektura mogłaby nieco rozjaśnić w głowie odnośnie fabuły. Ale bez względu na to, czy wiemy, czy nie i tak można poczuć ten dreszcz niepokoju, gdy zbliżamy się do końca. Może właśnie dlatego, że nie wiemy, o co chodzi. A całość prezentuje się tak dobrze, że jestem niemal chętna życzyć sobie pełnometrażowego filmu w kinie. Bo na takie fantasy bym poszła.


                                                                       Sintel                    


Prawdopodobnie najbardziej poruszająca historia ze wszystkich, jakie wymieniłam. Fabuły w tym przypadku wręcz nie wolno zdradzać, więc pozostaje ograniczyć się do wzmianki, że całość powstała z inicjatywy niezależnej organizacji Blender Foundation, która posługując się oprogramowaniem Blender stworzyła zadziwiająco sprawną animację (spójrzcie na smoka, Scalesa - jak się patrzy od razu chce się go wziąć i przytulić, tak "żywy" jest), z dobrą muzyką, jakością obrazu i przede wszystkim historią. Bo nawet jeśli się nie wzruszycie na koniec, to i tak poczujecie się poruszeni. Choć trochę. Bo historia jest wspaniała. Po prostu to zobaczcie.


                                                                Kinematograf       


Kolejna po Katedrze produkcja Bagińskiego. Kamera od początku "prowadzona" jest (no dobra, wiem, że tu o filmowaniu w tradycyjny sposób nie ma mowy, ale chodzi mi o perspektywę) tak, byśmy mieli wrażenie zlecenia z chmur w sam środek miasteczka i następnie suniemy środkiem ulicy obserwując ludzi. W końcu docieramy do domu, w którym widzimy zmagania pewnego wynalazcy z jego nowym urządzeniem - kinematografem. Są trudności, problemy, chwile zwątpienia, ale dzięki optymizmowi kochającej żony nadal próbuje. I jeśli myślicie, że całość opowiada o powstaniu urządzenia, bez którego nie istniałoby kino, to się grubo mylicie. Bo to przykład animacji, która niesie coś jeszcze, pewną refleksję - w tym przypadku o zaniedbywaniu bliskich na rzecz spełniania marzeń. Bo choć każdy ma do tego prawo, to nie raz zapomina, że wokół są jeszcze ludzie. Tacy, którzy również potrzebują naszego czasu i bliskości. I po prostu warto o nich pamiętać, bo marzenia to nie cały świat.


                                                               Adam and Dog     


Animacja, która przegrała z Papermanem w wyścigu po Oscara. Oczywiście Paperman miał przewagę w tym, że posłużono się tradycyjnym rysunkiem i animacją komputerową, przez co dostaliśmy film tak bardzo przypominający nam "starego" Disneya, że ciężko uwierzyć, że wykonane to w 3D. Ale wracając do Adam and Dog. To właśnie kolejny przykład na to, jak świetnym połączeniem jest krótkometrażówka w postaci animacji z prostą fabułą. Oto historia spotkania psa z pierwszym człowiekiem na Ziemi, Adamem, w ogrodzie Eden. Historia początku nauki zaufania, przyjaźni i więzi, jaka łączy zwierzę i człowieka. Jednak nie na Człowieku koncentrujemy się w tej chwili, ale na psie. Pierwszym, wiernym i zawsze trzymającym się blisko towarzyszu homo sapiens. Animacja jest absolutnie doskonała, twórcy idealnie odzwierciedlili psie nawyki (ufne spojrzenie, pochylanie głowy przy głaskaniu, sposób podskakiwania), ale największe wrażenie zrobiło na mnie trzymanie się detali. Chodzi tu o Pierwszą Kobietę - wg żydowskiej tradycji pierwszą kobietą Adama była rudowłosa Lilith, potem zastąpiła ją Ewa, a jak widać w filmie mamy ją rudowłosą. Nie wiem, czy to celowe, czy przypadkowe nawiązanie do Biblii, ale z pewnością mogę za to zaklaskać twórcom.


                                                             Invention of love  


Chyba właśnie od tego filmiku wzięła się moja miłość do krótkich animacji (pewności nie mam). Na pewno był jednym z pierwszych, jakie widziałam. I najlepszym. I tak się składa, że jest  też po prostu zachwycający. Już nawet nie chodzi o nietypowy świat, jaki widzimy, postacie, które wyglądają, jak wycięte z szablonu, czy przepiękną muzykę (naprawdę nie przesadzam), ale przede wszystkim o nietypowy, niepowtarzalny klimat. Wszystko zasnute jest mgłą, dymem, pełne przekładni, śrubek i mechanizmów, co daje nam niezwykły steam punkowy świat. To rosyjska produkcja, autorstwa Andreya Shushkova, który dał nam tylko jedna produkcję w postaci Invention of love, ale za taką, że widzimy ogromny potencjał u twórcy. I chcemy mówić  "jeszcze!".


No dobra, wymieniłam te, które zrobiły na mnie największe wrażenie. Mam nadzieję, że jak na pierwszy, rzeczowy post jesteście zadowoleni. A tak w ogóle to ten post miał być o czymś zupełnie innym. Wahałam się między Batmanem, twórczością Christophera Nolana, książkami nadającymi się na wpis na bloga a nie na wydanie i wpisem o ulubionym aktorze (który jest tak dobry, że zasługuje na osobny blog wręcz). Ale na to przyjdzie czas. Pytanie, co będzie pierwsze ;)