To niezbyt taktowne reklamować film tak, by widzowie byli
wprowadzeni w błąd idąc na niego. W dodatku świadomie.
Into the Woods opiera się na broadwayowskim musicalu z lat 80-tych, który na potrzeby filmu na siłę próbującego udawać film dla dzieci, został przycięty o niektóre partie i wątki które jednak nie nadawały się do tej kategorii. Średnio się to udało, bo chcąc otrzymać odpowiedni efekt należałoby przetransformowac cały materiał oryginalny tylko że wtedy otrzymalibyśmy coś zupełnie innego. Ale pozostawiając ten temat warto przybliżyć fabułę. Oto mamy postacie takie jak Czerwony Kapturek, Kopciuszek, Jacka (tego od olbrzymów), Piekarza i jego Żonę, Wiedźmę, Roszpunkę, plus kilka postaci charakterystycznych danym bajkom (Macocha i wredne siostry Kopciuszka, Czarujący Książę). Każde z nich boryka się z trudami dnia codziennego (sprzątanie, gotowanie/pieczenie, dojenie krów itp.), a co za tym idzie, każde ma jakieś życzenie związane z innym życiem niż to dotychczasowe lub mówiąc szerzej - swoją przyszłością. I tak oto Piekarz i jego Żona starają się o dziecko, Kopciuszek zaciska zęby i znosi poniżenia od sióstr, matka Jacka martwi się, co ma do garnka włożyć, a Roszpunka marzy o wyrwaniu się na świat. A Kapturek jak to Kapturek nie martwi się niczym i radośnie hasa po lesie, by zanieść koszyk babci. Nie jest to jednak jeden z tych filmów próbujących opowiedzieć znaną wszystkim historię "jak było naprawdę" ale raczej kontynuuje opowiadanie tam, gdzie bajka się zazwyczaj, a raczej zawsze kończy. Czyli mniej więcej tam, gdzie dochodzimy do zadawania pytań i widzimy pierwsze zgrzyty, bo jednak nie jest idealnie jak w bajce.
Film ma właściwie 2 akty (dość zabawnie to brzmi, gdy mówimy o sztuce, hehe). Pierwszy składa się mniej więcej ze schematów którymi podążają wątki z bajek, by dojść do znanego nam wszystkim punktu czyli happy endu, a drugi jest dokładnie tym "co było dalej" w połączeniu z tym, co kiedy po spełnieniu życzenia, nadal mamy pragnienia i jak wtedy wygląda nasze życie.
Dziś, gdy do każdego bajkowej historii w wersji filmowej dodaje się liczne mroczne elementy, by nadać jej umownego realizmu, w Into the Wood zastosowano zabieg całkiem inny - odwołano się do pierwotnych wersji, którym nie brakuje treści współcześnie absolutnie nie do przyjęcia dla uszu i oczu dzieci. Jak wiecie, większość bajek które znamy, opowiada się nam w bardzo złagodzonych i pozbawionych okrucieństwa lub podtekstów wersjach. Ilu z nas wie, że Czerwony Kapturek podążający przez las jest tak naprawdę metaforą przejścia dziewczynki z okresu dziecięcego w dorosły wiek, a Zły Wilk symbolem mężczyzn czyhającym na cnotę młodej dziewczyny? Albo komu z nas opowiadano Kopciuszka łącznie ze szczegółami takimi jak obcinanie stóp i palców dziewczętom, byle tylko zmieściły się w pantofelek? To samo tyczy się baśni Andersena, z którym wycięto co gorsze, smutniejsze elementy (ale to uwaga na marginesie). Tu wszystko to mamy.
I tak oto Kapturek idąc przez las spotyka Wilka. Jednak poza standardowym "dokąd podążasz, dziewczynko?" mamy:
Look at that flesh,
Pink and plump.
Hello, little girl...
Pink and plump.
Hello, little girl...
Just so, little girl-
Any path.
So many worth exploring.
Just one would be so boring.
And look what you're ignoring...
Any path.
So many worth exploring.
Just one would be so boring.
And look what you're ignoring...
Chyba nie muszę wyjaśniać podtekstu seksualnego? Krotką mówiąc, dokładnie to, co przychodzi do głowy nam, dorosłym, gdy słyszymy, że młoda dziewczyna samotnie spacerująca lasem spotyka osobnika płci męskiej. Brzmi to niepokojąco, lecz w założeniu miało takie być. Na tym jednak się nie kończy. Gdy dochodzimy do momentu, gdy Wilk nie żyje, a Kapturek cieszy się wolnością padają słowa:
But he seemed so nice.
And he showed me things
Many beautiful things,
That I hadn't thought to explore.
They were off my path,
So I never had dared.
I had been so careful,
I never had cared.
And he made me feel excited
Well, excited and scared.
When he said, "Come in!"
With that sickening grin,
How could I know what was in store?
And he showed me things
Many beautiful things,
That I hadn't thought to explore.
They were off my path,
So I never had dared.
I had been so careful,
I never had cared.
And he made me feel excited
Well, excited and scared.
When he said, "Come in!"
With that sickening grin,
How could I know what was in store?
Okeeej, nawet jeśli mieliście spieralibyście się o usilne doszukiwanie się podtekstów u Wilka to jednak tu jest sprawa jasna.
Film wyraźnie dzieli się na 2 akty. W pierwszym mamy podążanie klasycznym tropem baśni, gdzie wszystkie historie zmierzają do ustalonego punktu czyli happy endu. Gdy to jednak następuje mamy dopiero... połowę filmu. Istnienie drugiej godziny filmu sugeruje, że mamy do czynienia z częścią, która jest nam bliższa niż podniesienie nas na duchu, że każde nasze życzenie może się spełnić a każda smutna historia kończy się dobrze, mianowicie - z konsekwencjami tych życzeń oraz jak rzeczywiście wygląda to, co wcześniej pozostawało w sferze marzeń.
Grafiki nijak ma się do powyższego akapitu, ale muszę
dodać, że film ma również kilka świetnych akcentów humorystycznych
jak choćby pojedynek książąt na to, który przeżywa większe miłosne cierpienia.
I tak oto życie Kopciuszka w zamku nie jest czymś dla niej komfortowym z racji warunków, w jakich nauczyła się żyć (w końcu to jednak zwykła, prosta dziewczyna z wioski), a Książę ze swą słabością do kobiet nie może zapewnić jej miłości. Świetna jest scena, gdy w Kopciuszek wytyka Księciowi zdradę, na co on odpowiada: Uczono mnie jak być czarującym, a nie szczerym. To właśnie ten moment, gdy oboje widzą efekt zetknięcia się ich pragnień z rzeczywistością - oboje byli sobą zainteresowani tylko dlatego, że byli odlegli od siebie, nie znali się żyjąc wyobrażeniami o sobie. Potwierdzają to ich słowa - Księcia, że zawsze będzie kochał dziewczynę, która mu uciekła i Kopciuszka kochającego odległego Księcia.
Napisałam wyżej, że film ten zamiast do dzieci, bardziej skierowany jest do rodziców. I ciężko temu zaprzeczyć patrząc na teksty piosenek niektórych postaci, zwłaszcza Wiedźmy. Gdy Piekarz i jego Żona w końcu mają upragnione dziecko, słyszymy Piekarza stwierdzającego, że z nim dziecko nie lubi przebywać (mimo że nie próbuje nawet spędzać z nim czasu) lecz z matką. Co ciekawe wcześniej jego obawy tyczyły się tego, jakim będzie ojcem nie chcąc powielać błędów swojego ojca, który nie sprawdził się w tej roli. Widać jednak, że tylko i wyłącznie on sam tak twierdzi przekładając to na swoje nowo narodzone dziecko. Kolejnym problemem jest kwestia ograniczania wolności swoich dzieci w imię ich ochrony przed okrutnym światem. Wiedźma kocha Roszpunkę, więc z obawy o nią zamyka ją w wieży. Nie rozumie jednak, że krzywdzi ją tym jeszcze bardziej. Na świecie są książęta, które prędzej czy później rozkochają młodą dziewczynę i prawdopodobnie porzucą, na co matka nie ma żadnego wpływu. Nie da się ochronić dziecka przed wszystkim, można jedynie odwlec w czasie moment bólu, jaki mu sprawi zetknięcie się ze światem, który jest jaki a nie inny. Problem, wydaje się, szczególnie aktualny zwłaszcza obecnie, gdy wmawia się matkom, że ich najważniejszym zadaniem jest trzymanie dzieci pod pewnym kloszem komfortu i bezpieczeństwa, zapominając jak niekorzystne skutki z tego płyną.
Ciekawym miejscem jest las do którego wchodzą wszyscy bohaterowie. To właśnie to miejsce, gdy historie wyłamują się ze schematów a bohaterowie zmieniają się lub odkrywają nieznane sobie wcześniej uczucia. Dla Jacka upokarzanego przez matkę jest to miejsce w którym może wykorzystać swoje niedoceniane zdolności jak spryt czy przebiegłość, Żona Piekarza po raz pierwszy odczuwa pożądanie wobec innego mężczyzny niż jej mąż, Kopciuszek znajduje swoje miejsce "pomiędzy" życiem z Macochą a wystawnym życiem w zamku, a Kapturek jest kuszony przez Wilka do zejścia z wyznaczonej przez rodziców słusznej drogi. Zdecydowanie mowa tu o miejscu, które jest idealnym odzwierciedleniem naszego wyjścia poza pewną strefę komfortu, które spotyka nas na pewnych etapach życia - gdy musimy zacząć żyć na własną rękę opierając się na wyuczonych zasadach lub zmierzyć po raz pierwszy z rolą rodzica. Widzimy również, że Wiedźma nie jest żadną personifikacją zła. Prędzej kimś w rodzaju obserwatora ludzi który widzi z boku ich przywary, zalety słabości. Właściwie żadna z postaci nie jest jednowymiarowa. Chcąc dotrzeć do celu niemal każdy popełnia po drodze większe lub mniejsze grzeszki - liczy się cel.
Wejście w las zmienia każdego z bohaterów. Co oznacza, że mamy do
czynienia z pewnym wyjściem poza ramy znanych nam baśni.
Co się chwali całości - film przez cały czas zachowuje korzeń z którego wzięły się wszystkie bajki. Każda z nich była opowiadana sposób, by przestraszyć dziecko i wywrzeć na nim taki efekt, by nie chciało ulec danej rzeczy. Dopiero od niedawna, śmiem twierdzić, że w przeciągu ostatniego wieku, wszystko wyprano z pewnych makabrycznych elementów. Tu mamy jednak lekkie odwołanie do tej mrocznej strony baśni, choć prędzej służy nam ono przypomnieniu, jak pierwotnie wyglądały te historie niż jakiemukolwiek pouczeniu. Pomysł całkiem niezły, gdy akurat trwa "odświeżanie" znanych baśni - zamiast cokolwiek dopisywać, skupmy się na pierwotnej wersji. Może być całkiem ciekawie.
Chwali się powrót do pierwotnej wersji bajek niż dopisywanie wątków,
by nadać historii umownego realizmu.
Warto wspomnieć o aktorstwie. Tu akurat mamy jeden z tych musicali, gdzie wszyscy świetnie śpiewają (mówię to na tyle na ile może mi pozwolić niewyrobione ucho zwykłego widza) i jeszcze lepiej grają. Gdy Meryl Streep została nominowana do Złotych Globów, a następnie (po raz 19-ty już!) do Oscara wszyscy twierdzili (ja też), że to już jednak dopisywanie jej nazwiska do nominowanych na siłę. Patrząc jednak na jej Wiedźmę naprawdę trudno nie być pod jakimkolwiek wrażeniem jej talentu - jest odpowiednio dramatyczna w danych scenach, teatralna (ale w naturalny sposób, nie jest to ten rodzaj przesadnego grania) i co najważniejsze w żadnej scenie nie przeszarżowuje w swojej roli (w przeciwieństwie do jej nominowanego do Oscara występu z przed roku w August Osage County). Jest tak samo świetna jak zawsze. Po prostu. Zaskoczeniem dla niektórych może być Emily Blunt oraz Chris Pine, którzy zaskakująco dobrze wypadają w swoich partiach wokalnych. Emily ma ładny głos, a Chris nie fałszuje, choć jego barwa niezbyt wpada mi w ucho (za to sam aktor nadal ma swoje piękne niebieskie oczy, którymi wpatruje się z ekranu). Jeśli jesteście zainteresowani Into the Woods ze względu na Johnny'ego Deppa mocno się rozczarujecie. Na ile pojawia się Wilk w bajce? Jest jakąś 1/3 historii? No to wyobraźcie sobie, na ile się pojawia tu, gdzie mamy crossover tylu baśni, a Kapturek przemierza las przez może 10 min. filmu. Nie zmienia to faktu, że Depp jak zwykle gra świetnie. Nie w "Jackowo-Sparrowowy" sposób, ani karykaturalny - po prostu jest przebiegłym wilkiem. Śpiewa też nieźle, choć czuć, że na wyższych tonach się gubi. O Annie Kendrick (pamiętacie irytującą Jessicę ze Zmierzchu?) powiedziałam kiedyś, że śpiewa niemal piszcząc, co wkurza. Zdanie oficjalnie zmieniam, bo nie ukrywam, że najbliżej powiedzenia, kto wokalnie spisuje się najlepiej i kogo najbardziej chce się słuchać, jestem o niej. Jest taki moment na początku, gdy wszystkie postacie śpiewają razem choć w innych pomieszczeniach (no wiecie, w każdym musicalu jest taka piosenka), gdzie "wchodzenie" na wysokie tony najlepiej wychodzi Annie i Emily Blunt.
Nie winą Meryl jest, że we wszystkim wypada tak znakomicie.
A teraz totalnie subiektywne odczucie. Co tam świetna Meryl, przejmujący swoim smutkiem Kopciuszek przebiegły Wilk czy rozgniewany Kapturek (zapomniałam wspomnieć, że Lila Crawford jest naprawdę cudowna w tej roli) - i tak najwięcej uroku roztacza Daniel Huttlestone jako Jack. Sporo serc skradł jako mały smyk Gavroche w Nędznikach dwa lata temu i imponował umiejętnościami wokalnymi, a tu po prostu kontynuuje podbijanie serc. Nie będę ukrywać, że mam do niego ogromną słabość. Dziecię śpiewa pięknie, gra świetnie, wygląda uroczo z przydługimi włosami, mówiąc krótko nadaje się na scenę - pozostaje albo zazdrościć talentu i uroku, albo chcieć mieć takiego syna.
Młodsza część obsady spisuje się tak samo świetnie jak reszta,
ale to jednak Daniel jako Jack kradnie uwagę. :)
Film miał dość mały budżet jak na disneyowkie widowisko, co niestety widać. Owszem, jestem fanką efektów specjalnych, ale tez nie wymagam ich obecności wszędzie. Tu natomiast wciąż miałam wrażenie, że las powinien wyglądać nieco fantazyjniej, tak by nie przypominać rekwizytu imitującego las na scenie, a kolory powinny nabrać głębi. Takie zwykłe podrasowanie filmu, nie dodawanie fantastycznych rzeczy rodem z Maleficient. Trochę to uwiera w oczy przez cały seans choć może nie każdego.
Kolejny problem to muzyka. Nie, nie była zła. Większość piosenek właściwie całkiem wypada w ucho, ale... nie zostaje w pamięci na długo. Piosenkę Wilka umiem zaśpiewać tylko dlatego, że kilka razy zajrzałam do tekstu, a nie dlatego, że tak mi się spodobała, by słuchać jej przez kilka odtworzeń. Natomiast w Prologu jest pewien moment, którego naprawdę słucham w zachwycie. Trwa jakieś... 40 sekund. Ale to i tak najlepsze musicalowe 40 sekund, jakie ostatnio spotkałam ;) Po prostu to chyba nie jeden z tych musicali, gdzie po obejrzeniu będziemy słuchać w kółko danych lub choćby jednej partii. Wszystko ładnie brzmi, słowa odpowiednio wpasowane aktorzy umieją je czysto zaśpiewać i na tym sprawa się kończy.
Nim całkowicie skończę, wspomnę jeszcze o pewnej interpretacji, z jaką najczęściej można się spotkać rozmawiając o Into the Woods. Tyczy się kwestii AIDS. Sztuka powstała w latach 80-tych, które były początkiem epidemii tej choroby zarówno w USA jak i na świecie. Choć autor nie do końca się do tego przyznaje, to jednak zgadza się, że duch czasów mógł nieco wpłynąć na formę, co widać w postaci Olbrzymki, która zjawia się jako nieszczęście niosące za sobą niespodziewaną śmierć zarówno postaciom drugo- jak i pierwszoplanowym. Nie ma znaczenia, czy jesteś zły czy dobry, czy masz dzieci, którymi musisz się zając i dla nich żyć, czy samotny - śmierć może nagle spaść na każdego. I dla każdego jest to taką samą tragedią. Jednak sztuka idzie dalej pokazując, że w obliczu nieszczęścia powinniśmy się jednoczyć i razem z nim mierzyć, bo może się okazać że poza nami nie będzie już nikogo (a tak się składa, że lata 80-te były wyjątkowo okrutne dla zarażonych HIV, gdzie rząd uciekał przed podjęciem jakichkolwiek kroków w tej sprawie, a chorych odtrącano i zostawiano samym sobie, gdyż nie wiedziano jak dokładnie przenosi się wirus) . Po prostu musimy na sobie polegać. Obecnie eksponowanie tego przekazu nie jest szczególnie potrzebne, z racji czasu jaki dzieli tamtą dekadę a XXI w. oraz wiedzy, jaką dysponujemy, ale zawsze miło wiedzieć, że gdzieś tam to siedzi między wierszami.
Spustoszenie, jakie sieje Olbrzymka jest dość ciekawym odzwierciedleniem choroby, która siała grozę w XX w. i nawet jeśli dziś nie jest to tak wyraźnie czytelne, to zawsze fajna jest świadomość istnienia tego drugiego dna.
Co jednak najbardziej konfundujące to fakt, że przez nieudany marketing omal nie przeoczyłabym filmu myśląc, że to kolejna produkcja dla dzieci, którą spokojnie można odłożyć na później. I to zdziwienie gdy okazało się, że mam do czynienia z filmem inteligentnie wyłamującym się ze znanych schematów (cudowna scena gdy Kapturek pyta: Dlaczego musimy zabić Olbrzymkę? Nie możemy jej po prostu przebaczyć? Ile razy takie zdanie pada w amerykańskich filmach?), skierowanym na pewno nie do dzieci lecz ich rodziców i, co najważniejsze, będącym po prostu dobrym filmem (bo jak wypada jako ekranizacja sztuki, nie wiem), Trochę to smutne, bo ileż widzów poczuje się oszukanych, gdy już zasiądą w fotelach kinowych. Nie dlatego, że film okaże się zły, tylko po prostu nie zobaczą tego, co im obiecywano na plakatach i w zwiastunach. A takie rozczarowanie zawsze zraża i boli.
























