Cofnijmy się parę lat wstecz do momentu, od czasu wyczekiwania Spidermana 4 do chwili, gdy ogłoszono reebot całej serii. Niemal nikt nie był zadowolony z kręcenia od nowa całej historii, lecz ci, którym poprzednia wersja nie przypadła zbyt do gustu, mieli jako taką nadzieję, że wreszcie dostaną takiego Spidermana, jakiego chcieliby widzieć od początku. Oznaczało to wymianę całej obsady i napisanie historii od początku. Będąc szczerą, nawet mnie się ten pomysł nie podobał. Skoro poprzednie filmy były dobre (no dobra, zależy o której części mowa, ale ogólnie seria była dobra), to po co kręcić od nowa, tym bardziej, że trylogia wcale się nie tak bardzo nie zestarzała? Założę się, że wielu myślało tak samo. Jednak czas pokazał, że decyzja producentów była jak najbardziej słuszna. Bo dostaliśmy najlepszego Spidermana, jakiego mogliśmy oczekiwać. Żeby było jasne - wiem, że nie wszyscy się z tym zgodzą. Wiem, że nie każdemu nowa twarz Petera Parkera będzie odpowiadać a nowa odsłona przypadnie do gustu. Ale trzeba przyznać, że ten film ma wiele rzeczy, których brakowało poprzedniej wersji. I należy wziąć pod uwagę, że przez 10 lat, jakie dzieli Spidermana od The Amazing Spiderman (też nie możecie uwierzyć, że upłynęło AŻ tyle???) zmienił się też sposób kręcenia komiksowych ekranizacji, co widać po porównaniu obu wersji. Ale po kolei.
Pierwsza istotna rzecz to wymiana Tobey'ego Maguire'a na Andrew Garfielda. Można tylko pogratulować ludziom od castingu za ten wybór, bo Garfield jest świetny nie tylko jako Spiderman ale przede wszystkim jako Peter Parker. W świecie komiksowych ekranizacji bohaterowie, którzy mają dwa oblicza - pierwsze jako zwykłego człowieka i drugie superbohatera w kostiumie i masce - ważne jest obsadzenie aktora, który będzie przekonujący zarówno jako zwykły człowiek jak i bohater ratujący życia cywili i walczący ze złem. Nie zawsze się to udaje, ale w przypadku obu wersji Spidermana wybór był raczej dobry.
Tobey z miną zbitego psa i łzawym spojrzeniem bez problemu pokazywał, jak wygląda życie szkolnego fajtłapy, by chwilę później szybować wśród wieżowców Nowego Jorku, a Andrew Garfield śmiga na deskorolce po szkolnych korytarzach, włóczy się nie do końca legalnie po laboratorium, by następnie wdawać się w uliczne bójki, czasem i bez kostiumu. Obaj aktorzy po prostu pasują do tej roli. Problem zaczyna się, gdy zastanowimy się, ile można patrzeć na tę nieszczęsną twarz Tobey'ego jako Petera. Gdzieś w okolicach 3 cz. mamy dosyć. Za to patrząc na Garfielda jako nowego Petera Parkera mamy nastolatka, który, owszem, ma kłopoty, nie raz dostaje po tyłku w szkole, ale jednocześnie z lekkością i humorem pokazuje Petera jako zawadiakę, który nie zawsze ma ochotę być poważny, ale gdy trzeba rzuci się, by nieść pomoc. Pod tym względem Garfield wypada nieporównanie lepiej. Duża w tym zasługa tego, że nawet w połowie nie ma tak dziwnie głupiego wyrazu twarzy jak Tobey, bo nie da się ukryć, że posiada sporo uroku, gdy patrzy się na niego na ekranie.
Poza tym tu mamy też ciekawszego Petera Parkera, bo nie jest to chłopak potykający się o własne buty i wzdychający do ślicznej sąsiadki, ale ktoś, kto zalicza mniejsze lub większe wpadki, ale koniec końców umie przejąć inicjatywę, jeśli chce zdobyć dziewczynę i nie boi się grać na nerwach szkolnemu osiłkowi, gdy widzi, że sposób postępowania tamtego nie jest do końca fair. O ile Tobey Maguire zwyczajnie irytował, tak z polubieniem Andrew Garfielda nikt nie będzie miał żadnego problemu.
I co ja mam poradzić, że Toby'ego jako Petera widzę właśnie tak...
Pora przestać myśleć o Peterze jako fajtłapowatym chłopaku.
To taka dobra zamiana jest.
Kolejna zmiana na plus to wymiana Kirsten Dunst na Emmę Stone. Taak, wiem, że Dunst grała Mary Jane, a Stone gra Gwen (którą w Spiderman 3 grała Bryce Dallas Howard), więc mowa tu o dwóch różnych postaciach, ale wiecie, o co mi chodzi - o dziewczynę Spidermana. No dobra, w tym przypadku chyba zamiana na kogokolwiek innego spotkałaby się z moją przychylnością, gdyż Dunst na ekranie po prostu nie znoszę. Poza nim raczej też. Ale wracając do postaci Mary Jane, to wydaje się ona być raczej mało ciekawą postacią kobiecą, taką kompletnie bez charakteru (co jest akurat winą scenarzystów aniżeli aktorki). Jej największy wkład w poprzednie filmy wyglądał tak - wisi w powietrzu, krzyczy, jest ratowana przez Spidermana. Następnie znów jest nie tam, gdzie powinna, prawdopodobnie gdzieś wysoko i znów jest ratowana przez Spidermana. Aha, i krzyczy. Nie da się być aktorką wysokobudżetowych produkcji nie umiejąc piskliwie krzyczeć. Toteż Mary Jane w wykonaniu Dunst drze się wniebogłosy. Za to Gwen w nowym filmie wydaje się poza trafionym obsadzeniem, również ciekawie napisana. Nie w taki sposób, by stawiać ją jako przykład kreowania kobiecych postaci, ale tak, by nie była dodatkiem do bohatera, a jej rola skończyła się na ładnym wyglądaniu i efektownym wrzasku, gdy pojawia się niebezpieczeństwo. Gwen wydaje się stanowcza i widać, że nie straszny jej wielki jaszczur demolujący szkołę, bo bez oporów rzuci się na pomoc Spidermanowi i zacznie okładać go krzesłem (jaszczura, nie Spidermana). To ona odgrywa dużą rolę w ostatecznym zwalczeniu przeciwnika swojego chłopaka. I co ważne - jest wolna. Serio, to taka ulga, gdy scenarzyści odpuszczają nam godzinę filmu na oglądaniu jak to bohaterka woli innego, a nasz biedak głowi się, jak zwrócić na siebie jej uwagę. Nie jest również tak podatna na urok Petera, by nie wkurzyć się, gdy niespodziewanie ją całuje i wyznaje, kim jest. Gdy Peter mówi jej, że ma uciekać i zaznacza, że to rozkaz, Gwen ma to gdzieś i robi po swojemu. To dziewczyna z charakterem, nie ma co. W dodatku Emma Stone idealnie pasuje do odgrywania "mądrych" dziewczyn. I wcale nie potrzebuje do tego okularów, co jak wiadomo, jest nieodłącznym atrybutem filmowych kujonów. Choć z drugiej strony Peterowi je założyli. Ale tylko na chwilę.
To chyba jedyne, co można powiedzieć, gdy ma się ojca gliniarza i chłopaka wspinającego się po budynkach, którego ściga policja.
Na dużą pochwałę zasługują scenarzyści. Nie, nie dlatego, że dali nam coś na miarę Mrocznego rycerza, ale dlatego że nie dostaliśmy szablonowych postaci i przewidywalnych dialogów. Teraz zacznie się ta część z pewną dawką spoilerów, ale zaznaczam, że nie aż tak ważnych dla rozwoju fabuły, by zepsuć oglądanie. Przede wszystkim bardzo ciekawie i niejednoznacznie pokazano nam typowego osiłka, którego głównym hobby jest dręczenie słabszych. Kierując się tym, co zazwyczaj widzimy na ekranie, raczej niewielu spodziewałoby się, że Flash po bójce z Peterem i jego odwecie przyjdzie do niego i powie, że mu przykro z powodu śmierci wujka Petera. Co prawda Peter rzuca się na niego w obawie, że ten mu coś zrobi ale koniec końców widać, że Flash mówi szczerze, a Peter to docenia. Serio, to duży krok w przód, jeśli chodzi o kreowanie takich postaci, które jak dotąd słynęły z tępoty, głupoty i agresji. Nie żeby Flash był tego do końca pozbawiony, ale z pewnością wydaje się bardziej "ludzki" i pozbawiony w mniejszym stopniu złych zamiarów (ale podkreślam - w mniejszym stopniu, a nie całkowicie). Jak już wspomniałam Gwen również jest tu dobrze stworzoną i poprowadzoną postacią.
To jeden z tych dialogów, gdzie widać poczucie humoru scenarzystów, dzięki czemu sceny Petera z Gwen są tak samo fajne jak reszta filmu (w przeciwieństwie do poprzednich filmów).
W roli złego charakteru dobrze wypada Rhys Ifans (kolejny Brytyjczyk w roli złego na ekranie), który na początku zyskuje naszą sympatię, nie tylko ze względu na grę aktora, ale również na dość smutny los, jaki go spotkał, co z kolei pchnęło go do mniej słusznych działań. Niestety nieco irytujące jest w tej postaci to, że przez swoją przewidywalność jest mało ciekawa. O ile w przypadku Petera, Gwen i Flasha dostaliśmy dobre postacie, nieco wypadające z dotychczasowego sposobu ich przedstawiania, tak tu patrząc na kolejnego naukowca chcącego ulepszyć świat swoimi odkryciami ziewamy z nudów. Tym bardziej, że groźny jest dopiero wtedy, gdy przechadza się po ekranie jako wielka jaszczurka.
Poznajcie doktora Connorsa. Po godzinach biega po ulicach Nowego Jorku, ewentualnie szkolnych korytarzach jako przerośnięta jaszczurka, której pod nogami plącze się Spiderman
Przez ostatnie lata, a dokładnie od czasu pierwszego Iron Mana widać zmianę w kręceniu komiksowych historii w postaci dużej dawki humoru na rzecz zmniejszenia ilośćii patosu i powagi. W przypadku Amazing Spiderman sprawdza się to idealnie, bo historia nastolatka zmieniającego się w człowieka pająka, szybującego wśród nowojorskich wieżowców i wkurzającego policjantów, aż prosi się o przedstawienie od nieco humorystycznej strony. Absolutnie świetna jest scena, gdy Peter łapie złodzieja samochodów (pouczając przy tym, by nie ubierał się jak złodziej, bo od razu wiadomo, kim jest), straszy pajęczynami (bo go to bawi), następnie oddaje w ręce policji i nie może uwierzyć, że chcą aresztować właśnie jego, mimo że odwalił 80% pracy za nich, co zresztą im słusznie wytyka. Czy też scena, gdy stoi na szczycie wieżowca prężąc pierś w swoim kostiumie, by chwilę potem odebrać telefon od cioci i usłyszeć, że ma kupić jajka, i to koniecznie ekologiczne. O scenie w metrze, gdy przypadkiem robi demolkę i usiłuje przeprosić gości, których właśnie pobił i dziewczynę, której zdjął przypadkiem bluzkę już nawet nie warto wspominać, bo to zwyczajnie trzeba obejrzeć. Andrew Garfield jest po prostu świetny i widać, jak bawi się rolą.
To z całą pewnością jedna z najzabawniejszych scen w całym filmie :-D
Warto też dodać, że film ma świetną oprawę wizualną. Kadry są odpowiednio klimatyczne, w zależności od miejsca akcji i okoliczności, a Spiderman wyczynia w tak piękny sposób swoje akrobacje, że nie sposób się zachwycić. Świetnie dobrana jest również muzyka, która nadaje lekkości całemu filmowi, nie raz odbierając również powagi tam, gdzie trochę jej powinno być lub sprawia, że po prostu mamy ochotę patrzeć na ekran i słuchać tego, co właśnie leci (choćby scena, gdy Peter trenuje na deskorolce, łazi po drabinach i ścianach i w ogóle jest dużo się dzieje a w tle słyszymy spokojny kawałek Coldplay).
Czy ja pisałam już coś o pięknych, tak bardzo komiksowych kadrach?
SPOILER! Chyba też po raz pierwszy w filmie Spiderman tak często lub tak szybko zdejmuje maskę i ujawnia, kim jest lub jak wygląda jego twarz. O ile dobrze wyliczyłam robi to 3 razy, co jest dość nietypowe w porównaniu do poprzedniej wersji, gdzie o ile dobrze pamiętam w 1 cz. nikt nie wiedział, kim jest Spiderman, a sama Mary Jane poznaje jego tożsamość dopiero w 2 cz. Nie chcę przez to powiedzieć, że to źle lub dobrze, ale w sumie całkiem fajnie, gdy ukrywanie swojej twarzy przed wszystkimi nie jest męczącym obowiązkiem głównego bohatera, z czym chyba bardziej niż Andrew Garfield borykał się biedny Tobey kilka lat wcześniej. I zdejmuje to też z widza obowiązek przejmowania się sytuacjami, gdy główny bohater jest niemal o krok od ujawnienia swojego oblicza - bo w końcu nigdy nie wiadomo, co z tego wyniknie. Tu wydaje się, że bez maski Peter też może być dalej Spidermanem, choć z podejściem "lepiej nie".
Podsumowując Amazing Spiderman (też macie wrażenie, że w oryginale brzmi to sto razy lepiej niż polskie Niesamowity Spiderman, co brzmi raczej jak okrzyk na widok akrobacji Spidermana niż tytuł filmu?) okazuje się zaskakująco dobrym reebotem serii, która wcale nie była zła, ale potrzebowała jednak odświeżenia. Tym bardziej, że to film zrobiony wg współczesnych zasad ekranizacji komiksów, nie tych, które panowały na początku tamtej dekady, która była jednocześnie dekadą otwierającą dobrą passę dla komiksów, bo ekranizacje takie jak X-Men, Spiderman czy Batman pokazały, że filmy o superbohaterach mogą być dobre, bez kiczu i tandety, którą dały nam te z lat 90-tych. Obecnie mamy wielki boom na ekranizacje komiksów, w czym przodują filmy z Marvela, odnoszące kasowe sukcesy i nie raz zyskujące pochlebność krytyki. Stan ten utrzyma się jeszcze przez najbliższych kilka lat, więc Spiderman nie jest na pewno pierwszym i ostatnim odświeżonym wizerunkiem superbohatera. A zresztą, to dokładnie tak jak w komiksach - gdy wyczerpie się już wszystkie pomysły na głównego bohatera, wtedy rozpoczyna się serię od nowa w nowym wydaniu. I tylko w ten sposób Batman, Superman, Kapitan Ameryka, Hulk czy X-Meni przetrwały te kilkadziesiąt lat, aż do teraz, by nadal wzbudzać zainteresowanie. Jeśli chodzi o Spidermana, nowe podejście do wizerunku człowieka pająka jest jak najbardziej udane, a w moich oczach nawet lepsze niż to, co dostaliśmy poprzednio, tym bardziej, że Spiderman 3 był średnio udanym sequelem. Film posługujący się tym, co już znamy, daje nam to samo tylko w o wiele lepszym wydaniu, co jest chyba dość ważną rzeczą, jeśli bierzemy się za kręcenia czegoś od nowa.
Trzeba przyznać, że jeszcze nigdy komiksowe historie na ekranach nie miały się tak dobrze jak od kilku ostatnich lat.
I jeszcze jedno. Jeśli zachęciłam kogokolwiek do obejrzenia tego filmu, to błagam Was - nie róbcie tego z lektorem. To nie tak, że aż tak mi zależy, by ludzie czytali wszędzie, nawet w filmach, tylko po prostu lektor czyni nam tę krzywdę, że odbiera możliwość usłyszenia oryginalnych głosów aktorów, którym też się posługują w odgrywaniu swoich postaci. Andrew Garfield owszem bawi jako Peter Parker i Spiderman, ale bawi nieporównanie bardziej, gdy słyszymy, jak szybko i zabawnie wypowiada swoje kwestie tak, że tyle wystarczy by uśmiechnąć się pod nosem. To się sprawdza w wielu innych przypadkach, bo masa aktorów genialnie bawi się swoim głosem, by dodać coś do granej postaci, toteż w chwili, gdy włączamy wersję z lektorem sami się pozbawiamy dodatkowej frajdy. Serio, jeśli tylko jest taka możliwość, wybierajcie napisy. Przyzwyczaicie się, poza tym niewiele czasu zajmie Wam nauka szybkiego czytania na ekranie tak, by nie odwracać uwagi od tego, co się dzieje w filmie. I gwarantuję Wam, że szybciej załapiecie angielski.

















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz