Powodów, dla których poświęcam im czas jest wiele, ale ten jeden jedyny, najważniejszy jest jednocześnie najbardziej banalnym - bo są krótkie. Krótkie w taki sposób, że mogę się łokciem oprzeć o blat, wetknąć nos w monitor na te kilka minut i zachwycić się prostą, nie raz ckliwą powiastką, która w półtora godzinnym filmie nigdy nie miałaby szans zrobienia wrażenia. Tak, tak, moi drodzy, nigdzie proste, przewidywalne historie nie są tak dobrze opowiedziane jak w cudownych krótkometrażówkach. Nigdzie też nie znajdziecie (bo nie mam co ukrywać, że to właśnie animacje już dość dawno temu podbiły moje serce) tyle magii i ciężko wytłumaczalnego piękna, które potrafi zachwycić nas na swój zwykły, prosty sposób i jeszcze będzie nam głupio, że bajka nam się podobała (dość częsty problem dorosłych ludzi). Historia rodzącego się uczucia między przypadkowa parą, gdzie Pan rzuca papierowymi samolotami, by zwrócić uwagę Pani (mowa o zeszłorocznym laureacie Oscara Paperman), zachwyca w 6-minutowym filmiku, ale w pełnometrażowym filmie nigdy nie miałoby szans zdania egzaminu, może nadawałoby się na jedną scenę. Albo przypomnijmy sobie, ile to już historii o psach mieliśmy w kinie - Lassie szukająca drogi domu, Biały Kieł i Buck uczący się ufać ludziom, Beethoven i Marley wprowadzający chaos u nowych właścicieli i wiele innych, jednak na równi z nimi można postawić animację o psie uczącym się przyjaźni z pierwszym człowiekiem na Ziemi, Adamem (mowa o Adam and Dog) trwającą zaledwie kwadrans.
Na korzyść tych filmów przemawia również fakt, ze albo ma się pomysł na historię i dodaje się animację, albo ma się pomysł na świetną animację zostawiając fabułę na drugim planie, a efekt w obu przypadkach może być tak samo dobry. Bo szczerze mówiąc tego nie kręci się dla fabuły (a przynajmniej nie tylko to w tym chodzi), ale co zaskakujące - prostą historią można niejednokrotnie trafić do widza o wiele bardziej niż złożonym filmem fabularnym. Konstrukcja tych animacji wygląda zazwyczaj tak, ze mamy ładny obrazek, patrzymy na niego, zachwycamy się, obserwujemy, co się dzieje, a końcówka ujawnia to, do czego zmierzał od początku autor, tylko na te parę chwil pozwolił nam o tym zapomnieć. Czasem wygląda to jak dostanie obuchem w łeb, a czasem skłania delikatnie do refleksji. Przy czym zazwyczaj otrzymujemy to drugie, co sprawia, że jeszcze łatwiej zapałać sympatią do tych filmów.
Warto tez dodać, że wytwórnie chętnie sięgają po tę formę, bo te filmy dużo nie kosztują, więc nie jest to ryzyko dużej straty finansowej. I nie raz wielkie produkcje Disneya lub Pixara poprzedzają takie kilkuminutowe filmiki. Można się tylko domyślić, że dzieci są zachwycone (albo i nie, w końcu to tak szybko się kończy).
Po co to piszę? Otóż raz na jakiś czas, gdy brak mi już pomysłów na to, co obejrzeć i się dobrze bawić, wracam do ukochanych animacji i dodaję kolejne pozycje do listy najlepszych rzeczy, jakie widziałam w życiu. Nic dziwnego, że w głowie stworzyła mi się również lista najciekawszych (a może po prostu ulubionych), na jakie trafiłam. I właśnie tymi chciałabym się podzielić. Ach, i jeszcze jedno. W nich nie ma dialogów. No, prawie. A jeśli są, to na poziomie, na którym "ogarniecie", o co chodzi. Ale żeby uniknąć trudności Sintel wybrałam specjalnie z napisami. Żeby się przyjemniej oglądało. Choć nadal uważam, że to zbędne.
Partly Cloud
No dobra, umówmy się - ten film utrwala mit, że to bocian przynosi dzieci, ale... spójrzcie na niego. Czyż nie jest rozczulający? Całość w jasny sposób przekazuje, że przyjaźń wymaga wiele wysiłku i poświęcenia, ale koniec końców warto. Nawet gdy wątpimy w lojalność drugiej strony. No i Partly Cloud to jedna z tych produkcji, po których zostaje szeroki uśmiech na twarzy i ma się ochotę powiedzieć "urocze to było".
La Luna
Czy tylko mi gwiazdki przypominają takie małe ciasteczka? No, może gdyby nie stukały jak kryształki przy zamiataniu. Ale teraz wiecie już, skąd mamy kwadry księżyca. Dla ciekawskich dodam, że to dzieło Pixara, wyświetlane, o ile się nie mylę, przed Meridą Waleczną w kinach. I choć powoli się rozwija, to na końcu skłonni jesteśmy przyznać, że to jedna z najbardziej uroczych i magicznych animacji, jakie mogliśmy dostać.
Katedra
W 2002 r. jednym z najgłośniejszych wydarzeń w kraju była nominacja krótkiej animacji Tomka Bagińskiego do Oscara, czyli Katedry. Statuetki nie zdobył, ale rozgłos i owszem. Katedra to taki parominutowy przebłysk geniuszu Bagińskiego, bo nie dość, że robi wrażenie animacją (mimo 12 lat od premiery) to jeszcze ciężko ją jednoznacznie odebrać. Interpretacji jest cała mnogość, a i tak ciężko powiedzieć, co robi Pielgrzym na obcej planecie, w jakim celu się udał i co zobaczył. Całość opiera się na opowiadaniu Jacka Dukaja (którego nie czytałam NIESTETY) o tym samym tytule, więc domyślam się, że lektura mogłaby nieco rozjaśnić w głowie odnośnie fabuły. Ale bez względu na to, czy wiemy, czy nie i tak można poczuć ten dreszcz niepokoju, gdy zbliżamy się do końca. Może właśnie dlatego, że nie wiemy, o co chodzi. A całość prezentuje się tak dobrze, że jestem niemal chętna życzyć sobie pełnometrażowego filmu w kinie. Bo na takie fantasy bym poszła.
Sintel
Prawdopodobnie najbardziej poruszająca historia ze wszystkich, jakie wymieniłam. Fabuły w tym przypadku wręcz nie wolno zdradzać, więc pozostaje ograniczyć się do wzmianki, że całość powstała z inicjatywy niezależnej organizacji Blender Foundation, która posługując się oprogramowaniem Blender stworzyła zadziwiająco sprawną animację (spójrzcie na smoka, Scalesa - jak się patrzy od razu chce się go wziąć i przytulić, tak "żywy" jest), z dobrą muzyką, jakością obrazu i przede wszystkim historią. Bo nawet jeśli się nie wzruszycie na koniec, to i tak poczujecie się poruszeni. Choć trochę. Bo historia jest wspaniała. Po prostu to zobaczcie.
Kinematograf
Kolejna po Katedrze produkcja Bagińskiego. Kamera od początku "prowadzona" jest (no dobra, wiem, że tu o filmowaniu w tradycyjny sposób nie ma mowy, ale chodzi mi o perspektywę) tak, byśmy mieli wrażenie zlecenia z chmur w sam środek miasteczka i następnie suniemy środkiem ulicy obserwując ludzi. W końcu docieramy do domu, w którym widzimy zmagania pewnego wynalazcy z jego nowym urządzeniem - kinematografem. Są trudności, problemy, chwile zwątpienia, ale dzięki optymizmowi kochającej żony nadal próbuje. I jeśli myślicie, że całość opowiada o powstaniu urządzenia, bez którego nie istniałoby kino, to się grubo mylicie. Bo to przykład animacji, która niesie coś jeszcze, pewną refleksję - w tym przypadku o zaniedbywaniu bliskich na rzecz spełniania marzeń. Bo choć każdy ma do tego prawo, to nie raz zapomina, że wokół są jeszcze ludzie. Tacy, którzy również potrzebują naszego czasu i bliskości. I po prostu warto o nich pamiętać, bo marzenia to nie cały świat.
Adam and Dog
Animacja, która przegrała z Papermanem w wyścigu po Oscara. Oczywiście Paperman miał przewagę w tym, że posłużono się tradycyjnym rysunkiem i animacją komputerową, przez co dostaliśmy film tak bardzo przypominający nam "starego" Disneya, że ciężko uwierzyć, że wykonane to w 3D. Ale wracając do Adam and Dog. To właśnie kolejny przykład na to, jak świetnym połączeniem jest krótkometrażówka w postaci animacji z prostą fabułą. Oto historia spotkania psa z pierwszym człowiekiem na Ziemi, Adamem, w ogrodzie Eden. Historia początku nauki zaufania, przyjaźni i więzi, jaka łączy zwierzę i człowieka. Jednak nie na Człowieku koncentrujemy się w tej chwili, ale na psie. Pierwszym, wiernym i zawsze trzymającym się blisko towarzyszu homo sapiens. Animacja jest absolutnie doskonała, twórcy idealnie odzwierciedlili psie nawyki (ufne spojrzenie, pochylanie głowy przy głaskaniu, sposób podskakiwania), ale największe wrażenie zrobiło na mnie trzymanie się detali. Chodzi tu o Pierwszą Kobietę - wg żydowskiej tradycji pierwszą kobietą Adama była rudowłosa Lilith, potem zastąpiła ją Ewa, a jak widać w filmie mamy ją rudowłosą. Nie wiem, czy to celowe, czy przypadkowe nawiązanie do Biblii, ale z pewnością mogę za to zaklaskać twórcom.
Invention of love
Chyba właśnie od tego filmiku wzięła się moja miłość do krótkich animacji (pewności nie mam). Na pewno był jednym z pierwszych, jakie widziałam. I najlepszym. I tak się składa, że jest też po prostu zachwycający. Już nawet nie chodzi o nietypowy świat, jaki widzimy, postacie, które wyglądają, jak wycięte z szablonu, czy przepiękną muzykę (naprawdę nie przesadzam), ale przede wszystkim o nietypowy, niepowtarzalny klimat. Wszystko zasnute jest mgłą, dymem, pełne przekładni, śrubek i mechanizmów, co daje nam niezwykły steam punkowy świat. To rosyjska produkcja, autorstwa Andreya Shushkova, który dał nam tylko jedna produkcję w postaci Invention of love, ale za taką, że widzimy ogromny potencjał u twórcy. I chcemy mówić "jeszcze!".
No dobra, wymieniłam te, które zrobiły na mnie największe wrażenie. Mam nadzieję, że jak na pierwszy, rzeczowy post jesteście zadowoleni. A tak w ogóle to ten post miał być o czymś zupełnie innym. Wahałam się między Batmanem, twórczością Christophera Nolana, książkami nadającymi się na wpis na bloga a nie na wydanie i wpisem o ulubionym aktorze (który jest tak dobry, że zasługuje na osobny blog wręcz). Ale na to przyjdzie czas. Pytanie, co będzie pierwsze ;)




Uwielbiam "Papermana"! :))
OdpowiedzUsuń